eko medycyna

ekolekarze, detoksykacja, hipertermia, sauna na bliską podczerwień

HOMEOPATYCZNY SPOSÓB NA KRYZYS

Marzec 27th, 2012


Na podstawie publikacji dra Vaikunthanantha Das Kaviraja, twórcy agrohomeopatii który poświęcił całe życie badaniom wpływu homeopatii na rośliny. Prawa natury, które odkrył i opisał Samuel Hahnemann i na których bazuje opracowany przez niego homeopatyczny system leczenia, mają charakter uniwersalny. Wyjaśniają nie tylko mechanizmy funkcjonowania i pojawiania się dysfunkcji w organizmach ludzkich, ale w równym stopniu odnoszą się do zjawisk zachodzących w świecie zwierząt czy roślin.

Najlepszym dowodem słuszności spostrzeżeń Hahnemanna jest skuteczność jego metody, i o ile w odniesieniu do ludzi można kontrargumentować możliwością sugestii, o tyle ten argument traci wagę w odniesieniu do świata zwierząt, a może zostać całkowicie wykluczony w przypadku roślin. Niniejszy artykuł traktuje o agrohomeopatii – stosunkowo młodej, lecz prężnie rozwijającej się dziedzinie, stanowiącej doskonałą ekologiczną i ekonomiczną alternatywę dla tradycyjnej agrochemii.

Agrohomeopatia zajmuje się badaniem przyczyn narastającej plagi chorób i szkodników w świecie roślin oraz zwalczaniem ich za pomocą metody homeopatycznej. Podobnie jak u ludzi w miarę postępu medycyny i rozwoju coraz bardziej wyrafinowanych metod likwidowania chorób przyrasta ilość coraz to złośliwszych i bardziej opornych na lecznie schorzeń, tak samo w świecie roślin w miarę technizacji i chemizacji rolnictwa wzrasta ilość i złośliwość zagrażających uprawom plag. Przykładem mogą być lasy, których stan z roku na rok jest globalnie coraz gorszy. W stanie naturalnym rola tzw. chorób i szkodników ogranicza się do likwidowania jednostek słabych i chorych na podobieństwo drapieżników „oczyszczających” stado antylop z osobników, które nie powinny już brać udziału w rozrodzie, czy flory komansalnej w organizmie człowieka, która nie tylko nie powoduje chorób, lecz przeciwnie – dożywia i chroni przed rozwojem zakażenia. Przy załamaniu równowagi każdy z tych czynników może stać się patogenny i doprowadzić nawet do śmierci.

Przyczyna obecnego kryzysu lasów nie leży w tym, że nie wynaleziono jeszcze dostatecznie silnych pestycydów, lecz raczej w gospodarczym gwałceniu ich biologii. Gospodarka leśna nie postrzega lasu jako naturalnego systemu, złożonego organizmu, lecz jako martwy zbiór drzew, krzewów i zwierzyny łownej. Lekką ręką ingeruje się w ten niezwykle skomplikowany i czuły mechanizm, od którego istnienia zależy przecież życie na Ziemi. Przykładem mogą być zręby zupełne (stanowiące obecnie przeważającą metodę hodowli lasu) oraz wysadzanie obcych (dla danego siedliska i obszaru) drzew w monokulturze. Taki las nie ma najmniejszej szansy na samoregulację i odnowę; następstwem są plagi chorób i szkodników, nikt jednak nie zastanawia się nad ich przyczyną. Prowadzi się masowe opryski, co oczywiście pogarsza jeszcze sytuację. A może warto by się zastanowić? Przecież jak dotąd nie wynaleziono jeszcze sztucznej fotosyntezy…

Miazmy w świecie roślin

Autorem pionierskiej pracy na temat przyczyn ogólnego osłabienia odporności współczesnych roślin uprawnych jest holenderski homeopata dr V. D. Kaviraj. Całe swoje życie poświęcił żmudnej pracy badawczej, która stworzyła podwaliny agrohomeopatii.

Oczywiście jeśli mówimy o badaniu roślin, trzeba mieć na uwadze, że jest to praca niezwykle mozolna i wymagająca ogromnej cierpliwości, gdyż efekty podania leku pojawiają się nie po minutach czy godzinach, lecz po tygodniach a nawet miesiącach. Poza tym organizmy roślinne są oczywiście zupełnie odmienne od organizmów ludzi czy zwierząt.

W zbieraniu przypadku rośliny musimy przywiązać szczególną wagę do jej zewnętrznego wyglądu, zbadania okoliczności, warunków wzrostu i zasiewu, gdyż nie ma tu rzecz jasna możliwości zadawania pytań i dociekania symptomów psychicznych czy emocjonalnych.

Niektóre stany roślin są zewnętrznie podobne do ostrych chorób u ludzi, widzimy to np. w podobieństwie rdzy do szkarlatyny.

Pasożyty takie jak mszyca mają tylko przelotne podobieństwo – w tym, że są pasożytami. Dlatego przenoszenie obserwacji dokonanych u ludzi na rośliny musi być dość powierzchowne, aczkolwiek jest wiele podobieństw. Zdaniem dra Kaviraja, analizując stan rośliny musimy, podobnie jak u ludzi, wziąć pod uwagę konstytucję i wpływ czynników zewnętrznych.

a)        Czynnki zewnętrzne w przypadku roślin, to takie okoliczności jak np. gleba, klimat, sąsiedztwo, zagęszczenie, „rodzaj pożywienia” w szerokim tego słowa znaczeniu, nasłonecznienie, a także wpływ toksycznych czynników chemicznych.

b)        Konstytucja, to wg dra Kaviraja rodzina. Niezależnie od zewnętrznych czynników Cucurbitae mają inne problemy niż Leguminosae, a jeszcze inne problemy mają Graminae, choć mogą też mieć jakieś problemy podobne. Mszyca atakuje prawie wszystkie uprawne konstytucje roślin, tak jak szkarlatyna prawie wszystkie ludzkie konstytucje. Jednak „ciągi dalsze” plagi mszyc u różnych konstytucji roślinnych są często różne. Tak jak jakieś pasożyty u ludzi mogą przenosić chorobę, tak samo robi mszyca. W ziarnach mszyce są wektorem dla wirusa żółtej karłowatości jęczmienia, równocześnie w przypadku mocniej ulistnionych roślin mszyce mogą torować drogę rozwojowi wirusa mozaiki. Nie zbadano jeszcze, jak różne są naprawdę te dwie choroby roślin i czego różnice dotyczą. Wg dra Kaviraja, są one różnymi manifestacjami tego, co nazywa on miazmami rośliny.

Miazmy rośliny są spowodowane przez różne (niewłaściwe) metody uprawy oraz tłumienie symptomów toksycznymi substancjami.

Uwarunkowania stanów miazmatycznych u roślin:

 a) Naga uprawa ziemi, która po prostu oznacza ziemię pozbawioną organicznego materiału.

Il. 1 Uprawa ziemniaka.

b) Niewłaściwe rozstawianie w monokulturach. Rośliny są zbyt blisko siebie, co jest nienaturalne, a uprawa składa się z pojedynczego gatunku, co w naturze też jest niezwykle rzadkie.

c) Dodatek nieorganicznego „jedzenia” – nawozów sztucznych. Sytuacja ta jest podobna jak u ludzi jedzących junkfood – utrzymuje ich przy życiu, ale powoduje problemy w ich naturalnej fizjologii.

d) Zwalczanie objawów czyli szkodników i chorób za pomocą agrochemii.

e) Manipulowanie kodem genetycznym.

Diagnozując roślinę trzeba koniecznie uwzględnić te okoliczności.

Miazmy roślin

a) Naga uprawa powoduje miazmę grzybiczą. Z powodu braku organicznej zawartości w ziemi, grzyby ziemi są zmuszone atakować żywe uprawy.

b) Stłoczenie roślin w monokulturach powoduje miazmę stresu (nacisku).

Il. 2 Plantacja buraka cukrowego.

c) Nawozy powodują junkfood miasm, która charakteryzuje się nadmiarem NPK i niedoborem mikroelementów.

IL.3. Metody współczesnej agrochemii. Nikt nie zastanawia się nawet nad najbardziej oczywistym ryzykiem zatrucia prócz szkodników także stojących w pobliżu ludzi i zwierząt.

d) Zwalczanie objawów czyli szkodników i chorób za pomocą agrochemii powoduje miazmę toksyczną.

Wszystkie te problemy zostały spowodowane niewłaściwymi metodami uprawy prowadzącymi do reakcji w formie szkodników i chorób, które są stale źle leczone – nawet w tak zwanym organicznym ogrodnictwie. We wszystkich tych metodach uwaga skupiona jest na chorobie albo szkodniku, bez uwzględnienia sytuacji rośliny i jej konstytucji. To jest niewłaściwe podejście. To roślina, jest tym, co cierpi z powodu szkodnika albo choroby, więc to roślina potrzebuje leczenia.

Dlatego to roślina wymaga naszej niepodzielnej uwagi, uwzględniając to co powyżej.

Obserwacje te odnoszą się do wszystkich upraw, w tym także leśnych.

e) W dzisiejszych czasach należałoby dodać jeszcze miazmę odpowiadającą występującej u ludzi miazmie syfilitycznej, mianowicie miazmę GMO. Sam pomysł manipulowania genetycznym kodem natury jest w swej istocie syfilityczny (miazma destrukcyjna), toteż skutkuje syfilitycznymi chorobami nie tylko u roślin, ale i u konsumentów takiej żywności.

Il. 4. Obszary wyróżnione to kraje produkujące więcej niż 95% żywności modyfikowanej, paskami oznaczono kraje komercjalizujące GMO. Kropki – kraje eksperymentujące.

 

Zastanówmy się teraz, co mieliśmy zyskać, a co zyskaliśmy dzięki rozwojowi agrochemii i agrogenetyki.

Miało być tak pięknie: większe i dorodniejsze plony, lepsze wykorzystanie areału, lepiej odżywione i zdrowsze społeczeństwo.

Tymczasem, choć produkcja pestycydów z roku na rok lawinowo rośnie (obecną roczną produkcję na świecie szacuje się na kilkaset tysięcy ton, zaś na same tylko europejskie pola rozsypuje się rocznie ponad 45 tys. ton trujących związków), problem szkodników i chwastów zamiast maleć – rośnie. Do tego poszukiwania w pełni wybiórczego środka, tj. toksycznego wobec chwastów i szkodników a nieszkodliwego dla człowieka i pożytecznych zwierząt, owadów i roślin, zakończyły się totalnym fiaskiem.

Na przestrzeni lat zgromadzono natomiast tysiące dowodów na to, że pestycydy nie tylko nie zażegnały plagi chwastów i szkodników, ale stały się dodatkowo istotną przyczyną wyniszczania gatunków, w tym także ludzkiego. Dziś nikt już nie kwestionuje ich kancerogennej, mutagennej czy nieselektywnej toksyczności[1]. Wiele dowodów wskazuje też na to, że stały się one przyczyną powstania nowych destrukcyjnych a nawet śmiertelnych chorób (o związku wprowadzenia na masową skalę pestycydów z „narodzinami” poliomyelitis piszemy w artykule „Zarys historii badań naukowych”.

Okazało się też, że na skutek biokumulacji w praktyce nie istnieje dawka bezpieczna. W wyniku procesów związanych z działaniem łańcucha pokarmowego następuje zwielokrotnienie zawartości pestycydów w organizmach, co jest szczególnie niebezpieczne dla tych organizmów, które znajdują się na końcu łańcucha pokarmowego. Dotyczy to ludzi i wszystkich drapieżników. Ostateczne stężenie tych substancji w tkankach zwierzęcych jest często nawet kilka milionów razy większe od początkowego ich stężenia w wodzie, glebie i roślinach.

Pestycydy wpływają na całe ekosystemy nawet w miejscach, gdzie nigdy nie były stosowane. Ponieważ ostatecznie wszystkie trafiają w ten czy inny sposób do wód i wraz z nimi do mórz i oceanów, a w procesie parowania unoszą się, stając się składnikiem chmur, są w stanie pokonywać wielkie odległości. Wiele z nich po dostaniu się do środowiska i po reakcji z innymi środkami chemicznymi obecnymi w środowisku, przekształca się w substancje jeszcze bardziej niebezpieczne. To oczywiście tylko kilka przykładów zgubnych skutków chemicznego manipulowania naturą. Dziś są to kwestie powszechnie znane i opinia publiczna jest coraz bardziej niechętna chemizacji rolnictwa, ale koncerny agrochemiczne nie martwią się o swój interes, bo mają już w zanadrzu nowy pomysł, jak zwykle „skuteczny i całkiem bezpieczny”: żywność modyfikowaną genetycznie.

 I znów miało być pięknie: większe i dorodniejsze plony, lepsze wykorzystanie areału, lepiej odżywione i zdrowsze społeczeństwo.

Tymczasem już od samego początku mnożą się doniesienia o negatywnych i lawinowo rozprzestrzeniających się skutkach GMO. Oczywiście zanim doniesienia te zostaną uznane i upublicznione na szerszą skalę, minie zapewne wiele lat. GMO wprowadzono na rynek zaledwie kilkanaście lat temu, dlatego skutki te są dopiero stopniowo odsłanianie, co nie jest proste z powodu zmasowanego lobbingu firm czerpiących krociowe zyski z produkcji GMO.[2]

Dziś GMO wykorzystuje się nie tylko bezpośrednio, lecz również na wielu etapach masowej produkcji żywności i napojów, gdzie dostarczają enzymów, olejów i lecytyny, ale konsument nie jest o tym informowany. Nie wie, że jedząc transgeniczną kukurydzę, ziemniaki i pomidory, spożywa np. białka zawierające m. in. pestycydy wbudowane w rośliny (ang. plant-incorporated pesticides), toksyny białkowe Bacillus thuringiensis i materiał genetyczny niezbędny do ich wytworzenia. Nadto konsumenci np. izolatów białka sojowego dodawanego do licznych produktów wędliniarskich, garmażeryjnych, cukierniczych i in. spożywają geny kodujące syntezę enzymu EPSPS decydującego o odporności na herbicyd glifosat pochodzące z bakterii Agrobacterium tumefaciens, zgodnie z nazwą produkującej onkogeny wywołujące rozrost guzów nowotworowych u roślin. To tylko przykłady.

Należy jednak podkreślić, że zagrożenia wynikające z manipulacji genetycznych mają o wiele szerszy zasięg niż tylko wpływ na grupę konsumentów żywności GMO. Jest to raczej niemożliwy do przewidzenia wpływ na całe ekosystemy. Przecież organizmy, w których materiał genetyczny został zmieniony w sposób niezachodzący w warunkach naturalnych, są zdolne do replikacji i przenoszenia tego materiału[3]. Jakie informacje zostaną w ten sposób rozpowszechnione w przyrodzie? Zdaniem wielu ekspertów, bardzo niebezpieczne. Dr Zbigniew Hałat (epidemiolog, prezes Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Konsumentów) pisze w artykule „Alergeny organizmów genetycznie zmodyfikowanych” (kwartalnik „ALERGIA”, 2004, Nr 3/21, str. 19-26), dostępnym na stronie www.halat.pl:

„Nośniki obcych genów wprowadzanych do genomu gospodarza z założenia są ukierunkowane na przełamanie bariery genetycznej, np. pomiędzy światem roślin i zwierząt. W tym celu wykorzystywane są agresywne wirusy, jak wirus mięsaka Rousa. W przebiegu procesu tylko nikła część organizmów ulega modyfikacji i dla ich oddzielenia od niezmodyfikowanej reszty wszystkie poddaje się działaniu antybiotyków, w tym należących do grup stosowanych w lecznictwie, jak aminoglikozydy lub tetracykliny. Przeżywają tylko te konstrukty genetyczne, które wyposażono w markerowe geny oporności na antybiotyki. Z rakotwórczych wirusów mogą powstać nowe zarazki o niedających się przewidzieć losach, a zmodyfikowane organizmy mogą przenieść antybiotykooporność na ludzi, zwierzęta i rośliny. Krytycznym problemem jest pleotropia, czyli zaskakująca ekspresja pojedynczego genu w jego nowej lokalizacji w konstelacji genów gospodarza, prowadząca do nieoczekiwanych i licznych efektów w zmodyfikowanym organizmie. Niespodziewanie mogą pojawić się białka, w tym toksyny i alergeny, będące powodem wielu zagrożeń zdrowia człowieka i środowiska (…).

Równocześnie dochodzą nowe odkrycia z zakresu genetyki, potwierdzające tezę o oparciu opinii na temat skomercjalizowanych wynalazków inżynierii genetycznej na nieaktualnej wiedzy naukowej. Na pierwszym miejscu należy tu wymienić odkrycie mechanizmów usypiania i budzenia genów pod wpływem czynników środowiskowych, w tym żywieniowych. Sygnały z nawet bardzo zdegradowanych w procesie trawienia organizmów genetycznie modyfikowanych mogą usypiać lub budzić geny znajdujące się w tych regionach chromosomów, o których wiadomo, że decydują o podatności na raka, cukrzycę, otyłość, odporność.”

 Na przestrzeni tysięcy lat organizmy poprzez selekcję naturalną dostosowały się do oddziaływania naturalnych składników pożywienia. Składniki nienaturalne, genetycznie modyfikowane, wchodzące w skład wcześniej nieznanej żywności i paszy, narażają świat ludzi i zwierząt na niechciany eksperyment na masową, globalną skalę. Eksperyment, którego wyniki są starannie tuszowane, jak to miało np. miejsce podczas dramatycznej epidemii samobójstw wśród wieśniaków w Indiach. Monsanto (lider przemysłu agrochemicznego, równocześnie główny promotor i producent GMO) uczynił ich niewolnikami bawełny BT, uodpornionej rzekomo na szkodniki, lecz zapadającej na tyle innych chorób, że wymagającej wciąż więcej pestycydów i nawozów od Monsanto. Doprowadzało to wieśniaków do tak wielkich zadłużeń, że wielu z nich wybrało dobrowolną śmierć: między czerwcem 2005 a grudniem 2007 doszło do 2448 samobójstw rolników w samym tylko stanie Maharashtra, a następnie do masowego buntu i setek aresztowań. O tym nie mówią w wiadomościach.

Czy GMO rozwiąże problem szkodników?

Jak widać choćby na powyższym przykładzie, manipulowanie kodami ekosystemu w ostatecznym rozrachunku zwiększa podatność na choroby i szkodniki, czego skutkiem jest konieczność stosowania jeszcze większej niż wcześniej ilości pestycydów i herbicydów. Przy okazji obalamy tu też następny mit:

Czy GMO pozwoli chronić środowisko przed pestycydami i biodegradacją?

Oczywiście nie. „Rośliny-pestycydy” (czyli rośliny, w których genom wbudowano gen bakterii Bacillus thuringensis (Bt), co powoduje, że każda komórka rośliny produkuje własne pestycydy niszczące szkodniki) stanowią zaledwie 18% z 68 mln hektarów upraw GMO. Pozostałe 82% to rośliny odporne na herbicydy. Te drugie umożliwiają po prostu stosowanie wyższych stężeń chemicznych środków chwasto- i owadobójczych, te pierwsze wymagają wyższych stężeń tych środków z powodu większej podatności na szkodniki inne niż ten, przed którym chroni wbudowany gen. Tak więc ostatecznie zapotrzebowanie gospodarstw na chemiczne środki ochrony roślin nie tylko nie maleje, ale wręcz rośnie. Dodatkowo na skutek uszkodzenia łańcuchów pokarmowych prócz szkodników giną też gatunki pożyteczne np. owady chroniące przed szkodnikami. Zagrożone są też inne gatunki; brytyjscy specjaliści, którzy przeprowadzili badania pod nazwą „Farm Scale Evaluation”, zaobserwowali np., że w uprawach transgenicznych roślin jest mniej pokarmu dla aż 16 gatunków ptaków żywiących się na polach. Uszkodzeniu ulega też równowaga gleby. Organizmy żyjące w glebie odgrywają kluczową rolę dla jej zdrowia, tymczasem rośliny GM wydzielają proteiny, o których wiadomo, że mogą być szkodliwe dla niektórych owadów, a także dżdżownic. Możliwe jest też toksyczne oddziaływanie na organizmy roślinożerne, drapieżne i pasożyty. Istotne jest także zagrożenie tym, że dzikie rośliny spokrewnione z uprawnymi przejmą ich cechy, uzyskując ekologiczną przewagę. Przykład Argentyny pokazuje, jak w celu utrzymania masowej produkcji transgenicznej soi wycina się ogromne połacie lasów pierwotnych. Niekontrolowane i nieodwracalne zapylenia krzyżowe prowadzą do rozwoju monokultur. To tylko przykłady.

Czy GMO rozwiąże problem głodu?

Wg Jacquesa Dioufa, dyrektora FAO (Organizacja Narodów Zjednoczonych do Spraw Wyżywienia i Rolnictwa), problem głodu na świecie nie jest spowodowany brakiem żywności, lecz jej niewłaściwą dystrybucją. Większość głodujących ludzi na świecie zamieszkuje kraje, które posiadają nadwyżki żywności, nie zaś jej niedobory. Zgodnie z opinią FAO, obecnie produkujemy półtora raza więcej pożywienia niż jest to potrzebne, aby zapewnić każdemu człowiekowi pełnowartościową dietę. Jednak wciąż jeden na siedmiu mieszkańców Ziemi cierpi głód.

Il.5. Problem głodu na świecie. Obszary głodu i niedożywienia wyróżniono ciemnym kolorem.

Przypadek Argentyny – państwa, w którym miliony cierpią głód, a które równocześnie zajmuje drugie miejsce na świecie pod względem ilości produkcji transgenicznych upraw, pokazuje, że inżynieria genetyczna nie prowadzi do polepszenia się stopnia bezpieczeństwa żywnościowego. Kraj ten, zamiast produkować żywność dla rodaków, eksportuje miliony ton transgenicznej soi np. dla amerykańskich ferm kurczakowych. Jak widzimy na tym przykładzie, prawdziwą przyczyną głodu na świecie jest brak lub wykluczenie z dostępu do zasobów naturalnych takich jak ziemia, lasy, morza, woda, czy nasiona, oraz odpowiednich technologii i kredytów, a także nieuczciwe postkolonialne regulacje prawne, np. subsydiowany eksport, sztucznie obniżane ceny i zalegalizowany przez WTO eksport żywności z państw biednych do bogatych po zaniżonych cenach. W Ameryce Łacińskiej urodzajnej ziemi jest dość, ale 80% terenów rolnych znajduje się w rękach 20% rolników pochodzących lub powiązanych z bogatymi krajami Północy, a tylko 20% tych terenów należy do reszty 80% „tubylców”.

Czy GMO poprawi odżywienie i kondycję zdrowotną społeczeństwa?

Znacząca większość badań jest prowadzona „przy współpracy” z firmami produkującymi GMO, co czynie je mało wiarygodnymi. Mimo to szereg doniesień wskazuje na odmienny skład chemiczny roślin GMO i naturalnych, co może wiązać się z możliwością mniejszej wartości odżywczej (zmniejszona zawartość określonych witamin i mikroelementów)[4]. Np. genetycznie modyfikowana odmiana soi Roundup Ready wykazywała obniżony w porównaniu z odmianami konwencjonalnymi poziom cennych fitoestrogenów w nasionach[5].

Pracownicy gospodarstw rolnych produkujących GMO zakwalifikowani zostali do grupy „wysokiego ryzyka” ze względu na potwierdzone większe ryzyko zagrożenia alergiami związanymi z pracą przy uprawach roślin GM (chodzi o kontakt z nowym, nieznanym w poprzednich pokoleniach białkiem)[6]. O mechanizmach lawinowego wzrostu zachorowań na choroby alergiczne po wprowadzeniu upraw GMO pisze dr Hałat w cytowanym wyżej artykule.

Ponadto część roślin GM wykorzystywanych dziś do produkcji paszy zawiera geny oporności na antybiotyki. Jeśli gen taki zostanie przeniesiony do bakterii chorobotwórczych, czyni dany antybiotyk bezużytecznym.

Z kolei w artykule „Organizmy genetycznie modyfikowane w paszach na tle aktualnego stanu wiedzy medycznej” dr med. Zbigniew Hałat przedstawia związek pomiędzy pandemią otyłości i cukrzycy a spożywaniem żywności GMO. Badania dowodzą np. większego ryzyka rozwoju tych chorób wśród konsumentów mięsa i jego przetworów (wyprodukowanego z dominującym udziałem pasz GMO; soja GM jest też składnikiem większości wędlin) oraz, co ciekawe – żywności i napojów słodzonych syropem skrobiowym (o wysokiej zawartości fruktozy) lub aspartamem, a nie cukrem. Zarówno syrop jak i aspartam powstają w wyniku wieloetapowego procesu z udziałem produktów organizmów genetycznie modyfikowanych. Nasuwa się więc uzasadnione podejrzenie, że wspólnym mianownikiem pandemii otyłości i cukrzycy są właśnie efekty oddziaływania organizmów genetycznie modyfikowanych.

Usypianie i budzenie genów kontrolujących rozwój raka i chorób metabolicznych pod wpływem wynalazków inżynierii genetycznej jest także bardzo prawdopodobne i może być jedną z przyczyn narastającej liczby zachorowań na nowotwory.

Trudno też przewidzieć, jakie nowe nieznane choroby będą w przyszłości skutkiem uszkodzenia kodu życia.

„Tak naprawdę wprowadzanie genetycznie modyfikowanych organizmów jest gigantycznym eksperymentem na konsumentach. Nie prowadzone były bowiem żadne długoterminowe badania nad bezpieczeństwem modyfikowanych genetycznie produktów.” (Greenpeace Poland, artykuł „Stop GMO”)

A teraz zastanówmy się, jakie korzyści mógłby odnieść świat przestawiając rolnictwo z agrochemii i GMO na agrohomeopatię?

Wg naukowców z Wydział Nauk Ekonomicznych i Zarządzania Uniwersytetu Szczecińskiego[7] współczesne rolnictwo upodobniło się dziś do produkcji wielkoprzemysłowej (zapominając jednak o podstawowej różnicy: wyeksploatowaną maszynę można zamienić na nową, zasobów środowiska – nie).

Rośliny i zwierzęta hodowlane traktuje się jak urządzenia pozwalające przy pomocy nawozów sztucznych i pasz wytwarzać surowce spożywcze. Jednak pomimo wzrostu wydajności gwałtownie zmniejsza się rentowność gospodarstw, postępuje degradacja krajobrazu, nasila się zanieczyszczenie środowiska i obniża jakość produktów rolnych, tak że stanowią one potencjalne zagrożenie dla zdrowia i życia konsumentów.

Zdaniem dra Kaviraja agrohomoeopatia na pewno ogromnie przekształciłaby rolnictwo. To byłaby prawdziwa Zielona Rewolucja. Wielkie korzyści odniosłyby też uprawy leśne. Jednakże, biorąc pod uwagę olbrzymie ilości pieniędzy zaangażowane w chemiczny agrobiznes, szanse są nikłe. Nadzieją są np. Indie, gdzie w Rajastanie wielu rolników już pracuje wg opracowanych przez dra Kaviraja wytycznych zawartych w książkach: „Homeopathy for Farm and Garden” i „Agrohomeopathy, Symbiotic Relationships”, którą przetłumaczono już na 5 indyjskich języków.

„Gdybym miał pieniądze – mówi dr Kaviraj – założyłbym biznes, jak zrobiłem to w Australii, i zaoferowałbym po pierwsze leczenie za darmo, żeby rolnicy zobaczyli, że to działa i że są to trwałe efekty pozwalające zaoszczędzić mnóstwo pieniędzy, które teraz wydają na toksyczne środki ochrony roślin, a potem wydadzą na leczenie siebie i swoich bliskich. Najpierw trzeba pomóc im się przekonać, a potem można wziąć pieniądze – nadal mniej niż za trucizny w tej samej ilości.”

Wyobraźmy sobie korzyści dla rolnika: po pierwsze – redukcja w kosztach „leczenia” upraw o przynajmniej 75% , a być może nawet 90%.

Następnie możliwość sprzedawania produktów jako „organicznych”, czyli możliwość uzyskania lepszej ceny. Ponadto rolnik nie ponosi już tak wielkiego ryzyka dla zdrowia, co pozwala zmniejszyć jego ubezpieczenie zdrowotne (mniej płaci). Poza tym znika problem zanieczyszczania wód gruntowych nawozami i środkami ochrony roślin, co przyczynia się do lepszego zarządzania Ziemią i czystszego środowiska.

Konsument odnosi podobne korzyści – zdrowsze jedzenie, zerowy wlot do organizmu trucizn, tym samym zmniejszone wydatki na ochronę zdrowia i lepsza jakość życia. To zmniejszy wydatek rządów na ochronę zdrowia; sumy są obecnie nieobliczalne.

Może to prowadzić do znaczących redukcji w podatkach, co pozwoli ludziom zapłacić za rzeczy, na które aktualnie nie mogą sobie pozwolić. To pomogłoby zmniejszyć obecny kryzys ekonomiczny.

Czystsze środowisko niesie ze sobą także inne korzyści. Jeżeli rozważymy, że nasze uprawy zużywają 50% całej ornej ziemi (z powodu hodowli na gołej ziemi) i że 30% zbiorów niszczą szkodniki i choroby, zauważymy, że uprawy te mają małą zdolność pochłaniania CO2. Jeżeli uwzględnimy także, że 30% naszych naturalnych lasów cierpi z powodu podobnych okoliczności, staniemy wobec faktu, że wszystkie te czynniki łącznie bardzo ograniczają pochłanianie CO2.

Zastosowanie homeopatii daje w tym scenariuszu kilka korzyści.

1. Więcej zdrowszych roślin – zwiększone pochłanianie CO2.

2. Więcej drzew, które są zdrowe – skutek jw.

3. Większa powierzchnia ziemi pokryta zdrowymi roślinami – do 30% wzrostu pochłaniania CO2 w stosunku do tego, co mogą pochłonąć rzadziej rosnące rośliny chore.

4. Ostatecznie zyskujemy 150-200% redukcję gazów cieplarnianych.

Czy ta matematyka nie jest chybiona?

Rozważmy: chore rośliny pochłaniają do 50% mniej C02 niż zdrowe, plus 30% roślin zniszczonych przez szkodniki, które niczego nie pochłaniają.

Dodajmy fakt, że pestycydy, środki chwasto- i grzybobójcze oraz nawozy sztuczne są wytwarzane z paliw kopalnych, więc redukcja i eliminacja ich zużycia też pomogłoby w ograniczeniu emisji gazów cieplarnianych o szacunkowo 30-50%. Zmniejszyłaby się zarazem konieczność stosowania ciężkich maszyn rolniczych, co pociągnęłoby za sobą mniejsze zużycie paliwa i mniejsze zanieczyszczenie środowiska – w tym spadek emisji CO2.

Ten sposób redukcja gazów cieplarnianych może zmniejszyć się nawet o 200%.

 Homeopatia nie tylko poprawia zdrowie roślin, ale też rosną one większe, dzięki czemu zwiększa się objętość struktur liścia zdolnych do absorbcji CO2. Ten wzrost wynosi 30-50%.

Agrohomeopatia chroni także i poszerza różnorodność roślin uprawnych, które rolnicy nauczyli się wykorzystywać do poprawy żyzności gleby i ochrony zbiorów. Z ekologicznego punktu widzenia jest ona korzystna też dlatego, że zachowuje dzikie gatunki roślin i zwierząt, żyjących wokół upraw. Sprzyja bioróżnorodności. Utrzymuje dzikie zwierzęta w naturalnym środowisku.

Poprzez rezygnację z monokultur i uprawy na gołej ziemi uzdrawia glebę i hamuje jej pustynnienie. Sprzyja retencji wody i nie zanieczyszcza zbiorników wodnych. Nie marnotrawi zasobów naturalnych takich jak np. energia, gleba, woda itp.

Z pomocą agrohomeopatii można też coś zrobić dla rozwiązania problemu głodu na świecie, dostarczając wystarczającej ilości pełnowartościowego jedzenia mieszkańcom całego globu (oczywiście pod warunkiem, że zlikwiduje się światowy problem niewolnictwa, tj. niesprawiedliwe regulacje prawne utrzymujące w biedzie kraje postkolonialne, i podzieli się ziemię zagarniętą przez bogaczy z Północy pomiędzy biedaków z Południa).

Zdrowa żywność nie pozostaje bez wpływu na umysł – zdrowi ludzie myślą bardziej harmonijnie. Bardzo prawdopodobne, że stosując homeopatię u ludzi i żywego inwentarza zyskałoby się olbrzymie korzyści. Prowadziłoby to do redukcji kosztów ochrony zdrowia, które obecnie wynoszą ok. 10%, jeżeli nie więcej, produktu krajowego brutto (PKB). Jeżeli rozważymy, że czas stracony przez choroby jest olbrzymi i że mniej chorzy ludzie wyprodukują więcej, uzyskamy oszałamiające zyski, ponieważ powiększy to PKB przynajmniej o ok. 20%. Krótko mówiąc, korzyści z dużym zapasem przeważają koszt zamiany i im szybciej wprowadzimy ją w życie, tym lepiej. Moglibyśmy nawet być w stanie uzdrawiać całą planetę za kwoty stanowiące ułamek kosztu „technologicznych rozwiązań” powodujących coraz więcej problemów.

Dlaczego więc instytuty naukowe nie podejmują przynajmniej prób zbadania przydatności agrohomeopatii?

Sytuacja wygląda tu podobnie jak w rolnictwie biodynamicznym. Choć ma ono ponad 70-letnią historię i stale rosnący rynek zadowolonych konsumentów, jest nieustannie szkalowane i dyskredytowane. B. Ryba pisze w artykule na temat biorolnictwa:

W Niemczech widać to było na początku rozwoju, próbowano wyśmiewać je [rolnictwo biodynamiczne] w radiu, w prasie, jako rzekomo nienaukowe, nierokujące przyszłości. Gdy jednak produkty zdobyły zaufanie klienta, zaczęto przedstawiać badania naukowe o zawartości szkodliwych domieszek. Nauka w czasach kapitalizmu stała się największym autorytetem. Jak wiadomo, nauka jest w główniej mierze subsydiowana przez kapitalizm, a ten wymaga, aby chwalić chemię. Idąc w tym kierunku, wmawia się rolnikom, że gleba wymaga koniecznie uzupełniania podstawowych składników mineralnych z zewnątrz (co nie jest prawdą) (…) zastrasza się też wyolbrzymiając grożące choroby i szkodniki, popierając każdą tezę wynikami badań „naukowych”. Wprowadzenie w życie tych „naukowych odkryć” doprowadziło jednak do zaburzeń i ujawnia się coraz silniejszą inwazją chorób i szkodników Rolnictwo biodynamiczne swoimi pozytywnymi praktycznymi osiągnięciami zaprzecza tym naukowym twierdzeniom, jednak przedstawiciele nauki odmawiają podstaw naukowych rolnictwu biodynamicznemu. Gdzie leży prawda? Gdyby nauka była niezależna, to wtedy praktyczne osiągnięcia rolnictwa biodynamicznego byłyby naukowo uzasadnione. Drugi hamulec to metody badań w metodyce dostosowane do badań przyrody martwej. Najlepiej ilustruje to wypowiedź pewnego profesora: „Podziwiam rolnictwo biodynamiczne w praktyce, ale nie chcę się nim zajmować naukowo, bo go nie rozumiem.”

Czyż nie jest to identyczna sytuacja, jak z homeopatią i koncernami farmaceutycznymi?


[1] [1] Baza IPCS INCHEM (Międzynarodowy program bezpieczeństwa chemicznego) www.inchem.org.

 

[2] „Amerykański gigant manipulacji genetycznej -Monsanto, który przejął pół setki firm nasienniczych, dyktuje dziś swe prawo w 46 krajach świata, kontrolując 90% rynku genetycznie zmodyfikowanych ziaren. „Źródeł tej hegemonii szukać należy w zdumiewającej synergii między interesami firmy a polityką administracji USA – podaje RFI – Warto posłuchać Jamesa Maryanskiego, kierującego do 2006 roku departamentem biotechnologii w rządowej agencji kontroli FDA, Food and Drugs Administration, który przyciśnięty pytaniami przyznaje, że decyzja o zalegalizowaniu GMO była czysto „polityczna”, a nie naukowa. Równie dziwne są zwierzenia Dana Glicksmana, ministra rolnictwa Clintona, który wcale nie ukrywa, iż był pod nieustanną presją z góry, aby „nie formułować przesadnych wymagań” odnośnie testów i ekspertyz, jakim winno się poddać transgeniczne wynalazki. Toteż nie poddawano ich prawie wcale, a liczni naukowcy, podważający propagandę Monsanto – jak sławny biolog Arpad Pusztai, któremu w Wielkiej Brytanii zamknięto laboratorium, gdy wykrył u szczurów wielce podejrzane skutki GMO, czy francuski profesor Bellé, który wskazał na potencjalnie rakotwórcze właściwości Roundupu – stawali się przedmiotem szykan i dyskryminacji.” (Radio France Internationale ip: 83.11.91.59, 04.02.09 21:03)

 

 

 

 

 

[3] Wg definicji z ustawy z dnia 22 czerwca 2001 r. o organizmach genetycznie zmodyfikowanych (Dz. U. Nr 76, poz. 811)

 

[4] Np. Opinions of the European Food Safety Authority on NK603

http://www.efsa.eu.int/science/gmo/gmo_opinions/177_en.html and MON 863 and MON 863 x MON 810

Patrz także: Greenpeace (2004) The European food Safety Authority (EFSA): failing consumers and the environment.

http://eu.greenpeace.org/downloads/gmo/CritiqueOnEFSA-April2004.pdf

[5] Lappé, M.A., Bailey, E.B., Childress, C.C. & Setchell, K.D.R. (1999) Alterations in clinically important phytoestrogens in genetically modified, herbicide-tolerant soybeans. Journal of Medicinal Food, 1: 241-245.

[6] Royal Society (2002) Genetically modified plants for food use and human health—an update. Policy document 4/02, Royal

Society, London. www.royalsoc.ac.uk..

Bernstein, J.A., Bernstein, L., Bucchini, L., Goldman, L.R., Hamilton, R.G., Lehrer, S., Rubin, C. & Hugh Sampson, A. (2003). Clinical and laboratory investigation of allergy to genetically modified foods. Environmental Health Perspectives,

111: 114–1121.

[7] 2. Leszek Woźniak, Jadwiga Nycz, Krzysztof Kud (Uniwersytet Szczeciński, Wydział Nauk Ekonomicznych i Zarządzania) „Agrokoncerny – współczesne ekonomiczne, społeczne i ekologiczne aspekty ich funkcjonowania”. (mikro.univ.szczecin.pl)

eko medycyna

ekolekarze, detoksykacja, hipertermia, sauna na bliską podczerwień