eko medycyna

ekolekarze, detoksykacja, hipertermia, sauna na bliską podczerwień

medycyna a zdrowie

Marzec 27th, 2012

 

Wstęp

Współczesny człowiek nie ma wątpliwości, że nauka jest bardzo bliska zrozumienia praw natury, co w perspektywie pomoże wyeliminować trapiące go choroby. Ten optymistyczny scenariusz pojawił się wiele lat temu wraz z ważnym dla medycyny odkryciem mikroorganizmów, a co za tym idzie rozwojem anty­septyki, szczepieniami i antybiotykami. Tymczasem mimo znacznych postępów me­dycyny i ogromnych pieniędzy na nią przeznaczanych, niektóre choroby nie tylko nie ustępują, ale wręcz przybierają rozmiary epidemii.

Dotyczy to w głównej mierze cho­rób określanych dziś jako cywilizacyjne. Czy medycyna, która zapewnia nam dłuższe życie przy mniej­szych dolegliwościach, nie staje się pułapką dla swoich pacjentów? Okazuje się, że większość chorób przewlekłych nigdy nie ulega wyleczeniu, a jedynie jest utrzymywana w ryzach przez ciągłe przyjmowanie leków. Czy rzeczywiście tak musi wyglądać „zdrowe” życie? Duża część lekarzy, zapatrzonych w dowody wyni­kające z określonych badań medycznych, wydaje się nad tym nie tylko nie zastana­wiać, ale odrzucać, czy wręcz piętnować jakiekolwiek alternatywne sposoby myślenia i działa­nia dotyczące zdrowia. Taka postawa zamyka drogę próbom innego zrozu­mienia i postępowania w dziedzinie, która jest przecież tak istotna dla każdego z nas.

Epidemia chorób cywilizacyjnych

Osiągnięcia medycyny w poznaniu wielu mechanizmów chorobowych, a przez to w poprawie ogólnego stanu zdrowotnego są nie do podważenia. Bez nich na pewno nie żyłoby się nam tak dobrze, dzięki nim wielu z nas ma szansę wydłużyć swoje życie.To prawda, że choroby o ostrym przebiegu przestały być tak groźne. Jednak ogromnym problemem stały się choroby cywilizacyjne takie jak: cukrzyca, depresja, nadciśnienie, otyłość czy ostatnio uznana przez WHO również za taką chorobę grzybica. Lekarze obserwują znaczący wzrost liczby pacjentów z chorobami przewlekłymi, a statystyki potwierdzają wzrost spowodowanej nimi umieralności.

Można by to podsumować używając oksymoronu, podobnie jak zrobił to prof. Wiesław Jędrzejczak w programie telewizyjnym poświęconym homeopatii[i]: „Jeste­śmy ofiarami własnego sukcesu”. I rzeczywiście – wydłuża się życie i wraz z tym rośnie zachorowalność (wykrywamy i odnotowujemy coraz więcej chorób), ale także chorobo­wość (coraz więcej osób, w tym coraz młodszych, rzeczywiście choruje). Mimo postępów medycyny nic nie zapowiada, żeby ta tendencja miała się odwrócić, a wręcz przeciwnie – przewiduje się np. narastanie epidemii cukrzycy[ii]. Warto się zastanowić, dlaczego tak się dzieje i czy rzeczywiście medycyna przynosi nam prawdziwe zdrowie, czy tylko pomaga przetrwać i redukować dolegliwości?

Polipragmazja (jednoczesne używanie zbyt wielu leków)

Nowoczesna medycyna praktycznie nie mogłaby istnieć bez nowoczesnych farmaceutyków. Stosowane są one coraz chętniej przez lekarzy, a i sami pacjenci chcą, by zapisywać im coraz to nowe leki na kolejne dolegliwości. W efekcie spożycie leków systematycznie rośnie. Powstaje coraz więcej standardów leczenia poszczególnych chorób, które wzajemnie mogą na­kładać się na siebie u danego pacjenta. Prowadzi to do zaawansowanej polipragmazji – każdy z leczących zetknął się już z pacjentami zażywającymi po 20 (sic!) i więcej leków w ciągu dnia. Nie każdy jednak o to zapytał i miał tego świadomość[iii].

Niestety, wzajemne interakcje leków są przebadane w niewielkim zakresie, a wszystkie leki chemiczne mają działania uboczne[iv]. Trafnym podsumowaniem wydaje się tutaj humory­styczny komentarz dr Bogusława Habrata z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie o stosowaniu leków w monoterapii: „Dobry lekarz wie, jak dany lek działa i jakie ma działania uboczne, osoby z tytułami akademickimi wiedzą, jakie mogą zachodzić interakcje pomiędzy dwoma lekami, najwybitniejsi z farmakologów i klinicystów wiedzą, jak [wzajemnie] działają trzy leki, jak działają cztery leki prawdopodobnie wie tylko Pan Bóg, a to, jak działa na siebie 5 i więcej leków, prawdopodobnie pozostaje również poza wiedzą Pana Boga”.[v] Trudno oczeki­wać, aby rozliczne medykamenty stosowano w optymalnych dawkach, skoro nie ma pełnej zgodności wśród ekspertów nawet co do dawkowania aspiryny, tak powszechnie używanej u chorych z podejrzeniem zawału mięśnia sercowego[vi]. A przecież już niskie jej dawki zwiększają ryzyko powikłań polekowych[vii].

Czy podawanie pacjentowi leków dla jego „zdrowia” jest naprawdę zawsze zgodne ze starą medyczną zasadą, aby przede wszystkim nie szkodzić („primum non nocere”)[viii]?

Walka z chorobami

W dobie narastającej epidemii chorób przewlekłych medycyna akceptuje konieczność poda­wania tak du­żych ilości lekarstw. Zwróćmy jednak uwagę, że choroba przewlekła stała się obecnie synonimem choroby nieuleczalnej. Jeśli popatrzymy na ogólnoświatowe staty­styki dotyczące zdrowia, to wcale nie stajemy się zdrowsi, tylko chorujemy inaczej. Wpraw­dzie maleje żniwo zbierane przez choroby zakaźne, ale ustawicznie rośnie liczba chorób cy­wiliza­cyjnych i pogarsza się pula genowa populacji. Coraz częściej występuje depresja – we­dług danych WHO jest to obecnie czwarty najpoważniejszy problem zdrowotny, a za kilkana­ście lat, w roku 2020, ma być drugim[ix].

Medycyna rzeczywiście czyni postępy, ale są one coraz droższe i stać na nie coraz mniejszą grupę ludzi[x]. Jak mówi neurolog prof. Teofan Domżał – medycyna nie jest zainteresowana leczeniem bólu u ludzi starszych, a wiele skutecznych leków dla nich nie jest refundowa­nych[xi]. Rocznie na świecie z powodu kosztów związanych z opieką medyczną 150 milionów osób przechodzi załamanie finansowe, a 100 milionów ulega zubożeniu[xii]. Pojawia się coraz więcej sygnałów o złym traktowaniu zniedołężniałych starych osób[xiii]. Czy naprawdę świad­czy o zdrowiu ustawiczne branie coraz większych ilości lekarstw? Czy nie uczciwsze byłoby nazwanie takiego działania protezowaniem funkcji organizmu, a nie jego rzeczywistym leczeniem? Protezy nie są niczym złym i częstokroć poprawiają komfort życia, niekiedy wręcz umożliwiają prawie normalne funkcjonowanie, jednak nigdy nie prowadzą do wy­zdro­wienia. Może się okazać, że takie leczenie przypomina kredyt z banku natury, który przychodzi spłacać w późniejszym wieku.

Kredyt z banku natury – czy chory jest zdrowy?

Wierzymy, że dzięki leczeniu żyjemy lepiej, odczuwamy mniej dolegliwości…

Gdy weź­miemy kredyt z banku, też mamy od razu jakby mniej problemów, ale kredyt trzeba zwrócić, a wielu się to nie udaje[xiv]. Może prowadzić to do zapaści ca­łego systemu – dla każdego z nas takim systemem jest własny organizm. Owszem, kredyt może być doskonałym wsparciem i pomostem do zasobności, ale to my sami musimy ją wy­pracować.

Problemy zaczynają się zupełnie niewinnie – np. od leczenia bólu, czego przykładem może być migrena transformowana, a jak wyjaśnia prof. Andrzej Szczudlik, kierownik Kliniki Neurolo­gii CM UJ: „Najczęściej jako przyczynę przekształcenia migreny w codzienne bóle głowy wskazuje się nadużywanie leków przeciwbólowych[xv]

Każdy praktykujący lekarz spotyka w swojej praktyce pacjentów wpadających w takie błędne koło leczenia[xvi], ale mało kto się zastanawia, jak bardzo zostało wypaczone rozumienie roli bólu, który przecież ma za zadanie informować organizm o nieprawidłowościach. Gdy się pojawia, należy pomyśleć z jakiego powodu, poszukać przyczyn i skorygować swoje postę­powanie, a nie tylko automatycznie go likwidować.

Zatrważające jest to, że w przeważającej większości przypadków nie dochodzimy rzeczywistego źródła chorób przewlekłych, a jedynie zwalczamy ich objawy. W jaki sposób mogłoby dojść do przeoczenia tak fundamentalnej kwestii leżącej u podstaw medycyny? Popatrzmy na zagadnienie z perspektywy historii. Podstawowym praktycznym celem medycyny jest zwal­czanie cierpienia – oczywiście o ile to zwalczanie nie skraca długości życia (a najlepiej, gdy ją wydłuża). Od początku swoich działań, ze zrozumiałych przyczyn nowoczesna medycyna służyła człowiekowi do łagodzenia bólu i innych dolegliwości, jak to realistycznie przedsta­wia Jürgen Thorwald na kartach swoich książek[xvii].

Na przestrzeni dziejów tworzono i praktykowano różne metody leczenia. Wiele z nich wiązało się albo ze zwykłym oszukiwaniem, albo z życzeniowym myśleniem ich twórców. Często też bardziej szkodziły niż pomagały i żadna gałąź medycyny nie była od tego wolna. Obecnie medycyna korzysta z licznych badań, odkrywających coraz bardziej skuteczne sposoby walki z chorobami – skoncentrujmy się przez chwilę na tych badaniach.

Wielu lekarzy powtarza jak mantrę trzy literki: EBM, EBM, EBM…(Evidence Based Medicine – medycyna oparta na dowodach). Tymczasem na internetowej stronie British Medical Journal (BMJ), poświęconej dowodom klinicznym[xviii], dowiadujemy się, że z 2500 powszechnie stosowanych sposobów terapii jedynie 13% ma potwierdzoną skuteczność, 23% jest prawdopodobnie skuteczne, 8% leży pomiędzy skutecznym a szkodliwym, 6% jest mało prawdopodobne, by było skuteczne, 4% jest prawdopodobnie nieefektywne lub szkodliwe, zaś 46% nie ma potwierdzonej skuteczności.

 

 

 

 

Skuteczność 2500 powszechnie stosowanych terapii według BMJ[xix].

 

Jedną z powszechnie stosowanych metod leczniczych jest popularne „obniżanie gorączki”, gdy tymczasem czytamy w piśmie JAMA we wstępie do pracy przeglądowej „Leczenie przeciwgorączkowe; Przesłanki fizjologiczne, zastosowanie diagnostyczne i konsekwencje kliniczne”:

Począwszy od starożytności stosowano różne metody leczenia gorączki. Zaskakującym jest fakt, że przeprowadzono niewiele badań klinicznych w celu upewnienia się co do fizjologi­cznych konsekwencji leczenia przeciwgorączkowego oraz uzasadnienia przesłanek stojących za takim leczeniem. Co ważniejsze, nie ustalono jednoznacznie, czy korzyści z leczenia przeciwgorączkowego przewyższają ryzyko z nim związane.[xx]

Ostatnio zaś pojawiły się przesłanki, że paracetamol, jeden z leków przeciwgorączkowych, podawany w pierwszym roku życia może przyczyniać się do astmy w późniejszym wieku[xxi].

Wydaje się, że prostym rozwiązaniem mogłoby być zwiększenie liczby badań. Jak trudno jest dogłębnie przebadać i statystycznie definitywnie potwierdzić wpływ wszystkich czynników na zdrowie, pokazuje największe dotychczas studium, mające potwierdzić lub wykluczyć – wydawałoby się prosty – związek guzów mózgu z pracą w zakładach lotniczych. Badanie to, pomimo 7 lat dociekań i 12 milionów dolarów poniesionych kosztów, nie przyniosło dotych­czas jednoznacznych konkluzji[xxii].

Problem nie wydaje się leżeć w zbyt małej liczbie danych z badań – ich liczba rośnie przecież z roku na rok. Paradoksem jest fakt, że im więcej wiemy, tym coraz więcej i coraz bardziej szczegółowych badań powinniśmy przeprowadzać. Każda nowa odpowiedź przynosi kolejne pytania i wątpliwości, jakby zachodził tu jakiś błąd systemowy, a nie metodologiczny (związany z niedoskonałością metod badawczych). Im precyzyjniej potrafimy określić działanie danego leku, tym więcej wątpliwości nasuwa się co do jego powszechnego stosowania. Co było złotym standardem postępowania jednego dnia, chwieje się w dniu kolejnym. Drobny, ale jakże znamienny przykład: profilaktyczne stosowanie aspiryny u pacjentów z chorobą sercowo-naczyniową nie jest skuteczne u osób „nieodpowiadających na leczenie aspi­ry­ną”[xxiii],[xxiv], a więc okazuje się, że skuteczne, nowoczesne leczenie wymaga coraz większej indywidualizacji[xxv].

Coraz bardziej istotną rolę w doborze leków zaczyna również odgrywać genetyka, jak choćby przy niedawnym odkryciu przez polskich naukowców metody leczenia raka piersi cisplatyną – lekiem znanym od 30 lat, który przy tej chorobie okazuje się jednak niezwykle skuteczny tylko u pacjentek z genem BRCA1[xxvi]. Każde kolejne odkrycie odsłania przed nami coraz to nowe, rozległe obszary badawcze. Łudzono się, że poznanie ludzkiego genomu w ramach Human Genom Project pozwoli ostatecznie poznać tajemnice wielu chorób. Analiza uzyska­nych danych zajmie jednak wiele lat[xxvii], a to dopiero początek badań, które dalej muszą być kontynuowane w obszarze genomiki[xxviii] (w uproszczeniu: całościowego badania genomu) czy proteomiki[xxix] (w uproszczeniu: dynamiki składu białkowego komórek). Jednak i to nie wystar­cza do właściwego poznania (a co za tym idzie: leczenia) chorób – innym wielkim obszarem badań nad ich molekularnym podłożem staje się bowiem epigenetyka (w uproszczeniu: dzie­dziczność pozagenowa)[xxx]. Oznacza to dalszy wzrost nakładów na badania.

 

Lecznicze właściwości rozwiniętych komórek macierzystych mogą się okazać trudniejsze do wykorzystania, ponieważ w poszczególnych organach nie mają one jednolitej struktury, lecz różne ich typy współdziałają ze sobą – uważa laureat nagrody Nobla, prof. Mario Capecchi  z University of Utah w USA.[xxxi]

W 11 guzach piersi i 11 guzach jelita zidentyfikowano 189 genów, których nie wiązano do tej pory z rakiem. To odkrycie zaskoczyło nawet samych badaczy, którzy to podsumowali następująco: „Oczekiwaliśmy znalezienia kilkunastu genów, ale nie 200”, powiedział Tobias Sj­öb­lom, kierownik pracy.[xxxii]

Oczywiście genetyczne badania nad nowotworami[xxxiii] pozwalają coraz skuteczniej kontrolować wiele z nich[xxxiv], ale sami onkolodzy przyznają, że nie mają wglądu w całość tej łamigłówki, a coraz więcej nowotworów dołącza do coraz bardziej rosnącej listy chorób przewle­kłych – a więc w istocie nieuleczalnych[xxxv],[xxxvi].

Kontrola całego systemu genetycznego jest również ciągle sprawą niewyjaśnioną. Dziś wiemy, że jeden gen może czasem dawać 10, czasem 500, a czasem nawet pięć tysięcy białek. I to jest niesłychanie ważne. Bo (…), niedawno się okazało, że mamy niewiele więcej genów niż muszka owocowa albo robak. Ale przecież ewidentnie jesteśmy bardziej skomplikowani. Dzieje się tak właśnie dzięki temu, że na jeden gen przypada u nas dużo więcej białek – tłu­maczy Joan Steitz, jedna z najlepszych na świecie specjalistów od RNA.[xxxvii]

 

Podobnie dzieje się w każdym obszarze nowoczesnej medycyny – im więcej wiemy, tym bardziej toniemy w szczegółach. Taka heterogeniczność badań może wprowadzić coraz bardziej znaczące odchylenia do opartych na nich metaanaliz, a bez nich trudno objąć narastający potop informacji. Przykładem tego jest zakwestionowanie skuteczności zmniejszania ry­zyka wystąpienia naczyniowych powikłań nadciśnienia tętniczego przez stosowane od ponad 30 lat beta-blokery[xxxviii]. Badania też pokazują, jak znaczne konsekwencje mogą mieć zmiany równowagi wewnętrznego środo­wiska bakteryjnego, skutkujące niekiedy nawracającymi infekcjami uszu[xxxix] czy otyłością[xl], a trudno chyba zaprzeczyć, że współczesna medy­cyna może jatrogennie wpływać na taką równowagę. Coraz bardziej powszechny w dobie rosnącej liczby badań staje się również problem etyki informacji naukowej[xli].

 

„Szacuje się, że aktualnie dostępne są wyniki ponad 1 miliona randomizowanych badań kli­nicznych, a co tydzień publikowanych jest ok. 7300 nowych doniesień naukowych, przy czym liczba ta stale rośnie.”

„…nigdy nie uda się stworzyć standardów, a tym bardziej wytycznych, dla wszystkich problemów zdrowotnych i w stopniu tak szczegółowym, by stały się one „medyczną książką ku­charską”. Jest to praktycznie niemożliwe z wielu powodów, m.in. dlatego, że opracowywanie i aktualizacja wytycznych są procesami wieloetapowymi, kosztownymi  i wymagającymi wielodyscy­plinarnego zespołu specjalistów. Z tych powodów wytyczne dotyczą tylko najistotniejszych społecznie problemów zdrowotnych.”

„Nie wolno zapominać, że żadnego kraju nie stać na stosowanie wszędzie i w każdym przy­padku najbardziej wyszukanych technologii.”

Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia.[xlii]

 

Przyczyn chorób cywilizacyj­nych zazwyczaj szukamy na zewnątrz: w diecie, zarazkach, zanieczyszczeniu środowiska czy w ogólnie pojmowanym rozwoju cywilizacji. Jednocześnie zdajemy się nie dostrzegać, ile na każdego z nas statystycznie przypada złożonych chemicznie lekarstw[xliii], które dawkowane są w o wiele większych stężeniach niż wnikające do organizmu zanieczyszczenia. Trudno sobie wyobrazić, że leki działające z założenia na układ immuno­logiczny nie wpływają na ściśle z nim powiązany w psychoneuroimmunologiczną całość układ nerwowy.

 

Wydaje się, że chorobą przewlekłą, którą na pewno potrafimy leczyć, jest choroba wrzodowa wywołana przez Helicobacter pylori. I rzeczywiście – odkąd odkryto jej przyczynę, przestała ona być najważniejszym problemem gastroenterologów i ich pacjentów[xliv]. Jednak skądinąd dowiadujemy się, że „dzieci zainfekowane silnie zakaźnym szczepem Helicobacter pylori rzadziej chorują na astmę oskrzelową, a w wieku dorosłym także na pyłkowicę i inne typy alergii wziewnej” – twierdzą uczeni z Uniwersytetu w Nowym Jorku na łamach „Archives of Internal Medicine” (2007)[xlv]. „Helicobacter pylori żyje w układzie pokarmowym czło­wieka od wielu tysięcy lat. Dlatego jest bardzo prawdopodobne, że pozbycie się bakterii wiąże się z konsekwencjami dla organizmu” – uważa szef zespołu naukowego, prof. Martin J. Blaser.[xlvi]

Rosnące koszty leczenia i badań

Rosną koszty badań, a tym samym koszty leczenia opartego na nauko­wych wytycznych. Chociaż jest coraz więcej nowoczesnych procedur, to w praktyce przez to, że są one coraz droższe, te najlepsze są dostępne tylko dla nielicznych[xlvii]. Pieniędzy przestaje również starczać na dro­gie, powszechnie stosowane terapie. Prof. Cezary Szczylik, onkolog z Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie, określa takie niedostateczne finansowanie leczenia jako „ekster­minację chorych”.[xlviii] Co prawda niektóre procedury mogą sta­nieć, ale generalnie wszy­stko wskazuje na to, że opieka medyczna będzie coraz droższa.

Kwestia finansowania ochrony zdrowia i związanych z nią badań dotyka nawet najbogatsze kraje. Amerykański Narodowy Instytut Raka, który sponsoruje udział pacjentów w testach klinicznych nowych leków, odnotował w tym roku 12% spadek dofinansowania z budżetu federalnego. – Będziemy musieli zamknąć 95 badań w II i III fazie, związanych z poszukiwa­niem kuracji w raku mózgu, czerniaku i nowotworach u dzieci – ostrzega wiceprezes Amery­kańskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej, dr Allen Lichter”[xlix].

Człowiek – maszyna?

Mechaniczny model choroby nie bierze pod uwagę faktu, że organizm ludzki nie jest jedynie skomplikowaną „maszyną fizyko-chemiczną”, lecz że jest „maszyną żyjącą”. I jest to jego zasadnicze ograniczenie.

Mechaniczny model koncentruje się na prawidłowych i nieprawi­dłowych funkcjach istniejącej już „maszyny”, nie uwzględniając przy tym, że ludzka „maszyna” jest organizmem biologicznym, który zaczyna swoje istnienie jako zygota, osiąga formę dojrzałą, a później nieustannie odtwarza się na nowo w ciągu naszego życia aż do mo­mentu, gdy zaczyna się proces degeneracji i organizm w końcu umiera. Każde istotne zakłó­cenie w owych skomplikowanych procesach może być źródłem choroby.

Fragment książki „Racjonalna diagnoza i leczenie, Wprowadzenie do medycyny wiarygodnej czyli Evidence Based-Medicine”, H. R. Wulff, P. C. Gotzsche[l].

 

Działania współczesnej medycyny wynikają z założenia, że człowiek jest mechanizmem –popatrzmy, jak w praktyce medycyna postępuje z ludźmi. Przypomina to sytuację, kiedy popsuje się nam samochód, jedziemy wtedy do warsztatu, gdzie usterka jest diagnozowana, ze­psuta część naprawiana lub wymieniana i maszyna służy nam dalej.

Organizmy żywe w odróżnieniu od maszyn, nie tylko ustawicznie utrzymują stan dynamicz­nej równowagi (homeostazę), ale są w stanie same się regulować i naprawiać. Co więcej – takie choroby jak zespół nabytego braku odporności immunologicznej (AIDS), przedwczesne sta­rzenie się (progeria) czy inne podobnie ciężkie zaburzenia, uświadamiają nam, jak na­prawdę niewiele możemy zrobić w przypadku braku współdziałania ze strony organizmu. Mimo to medycyna w dużej mierze lekceważy to współdziałanie, ignoruje działania organizmu i przeciwstawia im swoje lekarstwa. Na ból i stan zapalny podawane są np. niestero­idowe leki przeciwzapalne, a w trudniejszych sytuacjach (coraz częściej, niestety) steroidy, które jeszcze skuteczniej tłumią reakcję zapalną. W innych przypadkach np. blokuje się czy pobudza określone receptory, tak aby organizm nie mógł kontynuować swoich działań. Wy­wołuje to reakcje obronne organizmu, które często postrzegamy pod postacią objawów ubocznych.

Medycyna, stosująca wiele naukowych metod, praktycznie nie wypracowała naukowych podstaw teoretycznych dla kierunku swoich działań, a jedynie mechanistyczne modele. Obecna wiedza medyczna opiera się na fragmentarycznych badaniach funkcjonowania mechanizmów części systemu, jakim jest organizm, z czego nie wynika całościowa harmonijna równowaga i rozwój, decydujące o zdrowiu. Dzięki współczesnej medycynie żyjemy dłużej, a choroby mają łagodniejszy przebieg, ale czy nie ma ona długofalowego wpływu na stan psy­chiczny całej populacji?

To, czego praktycznie się nie zauważa

Historia benzodiazepin[li],[lii] – najczęściej używanych leków psychotropowych, które były zaży­wane przez miliony Amerykanów przez dziesiątki lat, pokazuje, że dopiero po długim czasie ich stosowania zaczęto brać pod uwagę niekorzystne zmiany stanu psychiki osób nimi leczo­nych.[liii] Leki te, nadal chętnie stosowane, nie tylko nie rozwiązują przyczyn problemów, lecz przeciwnie – silnie uzależniają. Bezpośrednio po ich odstawieniu często dochodzi do nawrotu objawów, w których miały pomóc. Długotrwałe przyjmowanie tych leków może stwarzać nowe problemy i prowadzić do pogorszenia funkcji poznawczych i przyczyniać się do depre­sji. Czy to jest cel, jaki my lekarze chcieliśmy osiągnąć?

Dotarliśmy w naszych rozważaniach do medycznego tabu, jakim jest psychika i jej wpływ na ciało. Od czasów doświadczeń Roberta Adera, twórcy pojęcia psychoneuroimmunologia, który w 1975 roku udowodnił, że organizm poprzez wcześniejsze warunkowanie sam może zmieniać stan układu odpornościowego po podaniu obojętnego bodźca zapachowego[liv], nikt już chyba nie zaprzecza wpływowi psychiki na fizjologię organizmu[lv]. Nawet mniej wrażliwi emocjonalnie panowie z pewnością niejednokrotnie przekonali się na własnej skórze, jak wyraźnie widoczne zmiany fizjologiczne może wywoływać sama myśl. Panie, ze swej natury wrażliwsze, raczej przekonywane do tego być nie muszą[lvi].

Medycyna jednak w praktyce konsekwentnie pomija kwestie wpływu stanu psychiki na organizm. Spójrzmy na książki i pisma medyczne skierowane do lekarzy – w znikomym stopniu poruszają one tę tematykę, a jeśli już, to raczej na zasadzie opisania odpowiednich mechanizmów psychoneuroimmunologicznych[lvii],[lviii], niż uczenia praktycznego stosowania tej wiedzy. Podob­nie jest na konferencjach medycznych. Proszę przejrzeć program dowolnej z nich i przekonać się, jak bardzo przedmiotowo traktowany jest tam pacjent i jego dolegliwości. Człowiek zo­stał przez medycynę mechanicznie rozczłonkowany na obszary poszczegól­nych specjalności, rozdrobniony na coraz więcej odhumanizowanych detali. Proszę spróbo­wać zapytać którego­kolwiek przedstawiciela firmy produkującej leki inne niż psychiatryczne, jaki mają one wpływ na stan psychiki – w znakomitej większości przypadków nie będzie umiał (chciał?) odpowiedzieć. W tym miejscu należałoby zadać pytanie, czy są jakiekolwiek leki, które ta­kiego wpływu nie mają? Wykazano bezsprzecznie, jak „zwykłe” antybiotyki oddziałują na układ nerwowy[lix], ale nie powiązano tego faktu z wpływem na psychikę! Próby medycznie akceptowanego zajmowania się stanem emocjo­nalnym pacjenta są marginalizo­wane i dotyczą często źle rokujących, terminal­nych sytuacji, jak może mieć to miejsce w przypadku psychoonkologii.

Dehumanizacja obecnej medycyny nie jest kwestią niewrażliwości lekarzy – ona jest sprawą systemową – wynika z milczącego przyjęcia paradygmatu – człowieka jako maszyny i walki z chorobami. Wraz z rozwojem medycyny w obecnej postaci taki stan może się tylko pogłębiać[lx]. Często wbrew woli osób ją uprawiających, które po prostu zostają wkręcone w tę me­dyczną maszynerię. Lekarze objęci obowiązkiem ustawicznego doskonalenia zawodo­wego, zalani niemożliwym do przetrawienia potopem szczegółowych informacji z frontu badań, w znakomitej większości nie są już w stanie zainteresować się chociażby wpływem medytacji na obniżenie ciśnienia krwi[lxi]. Czy ogólne niezadowolenie z systemów opieki zdrowotnej[lxii] nie powinno skłaniać do przemyślenia zasad, na których są one oparte, do zweryfikowania obowiązującej definicji zdrowia, która wyznacza kierunki ich działania?

Co to właściwie jest zdrowie?

Na pierwszy rzut oka powyższe pytanie może się wydawać tylko akademickim rozważaniem, jednak od tego, jak rozumiemy pewne pojęcia, zależą nasze działania – w tym przypadku nasze postępowanie medyczne. A może to, co obecnie określamy jako zdrowie, jest tylko jego kopią?

Zdrowie jest obecnie definiowane jako brak dolegliwości. Fizyczny, psychiczny i społeczny dobrostan, zawarty w przyjętej przez WHO w 1948 roku definicji[lxiii], sprowadza się w praktyce do tego, co robimy dla „odzyskania” zdrowia, gdy zachorujemy. Przede wszystkim walczymy z chorobami, zwalczamy ból i inne dolegliwości. Proszę wsłuchać się w język reklam promujących produkty zdrowotne, w to, jak wypowiadają się lekarze, czy wreszcie jak odczuwają swe dolegliwości pacjenci.

Przeciwstawiając się chorobie, przeciwstawiając się objawom, w końcu przeciwstawiamy się wysiłkom organizmu, jak gdyby przyjmując, że niedoskonały organizm „postradał zmysły” i działa przeciwko samemu sobie. Przeciwko nam samym.

Organizm rzeczywiście wydaje się nie widzieć np. zbyt wysokiego ciśnienia krwi, które sam produkuje, nie dostrzega, że jego własne przeciwciała są skierowane w akcie autoagresji przeciwko jego własnym komórkom. Chorobę przewlekłą utożsamiamy z objawami, które powstają na skutek wypaczonego postrzegania rzeczywistości, a ponieważ te objawy pod wpływem leczenia przeważnie łagodnieją, wydajemy się nie mieć powodu do zastanawiania się nad istotą zaburzeń leżących u podłoża choroby.

Ślachetne zdrowie, Nikt się nie dowie, Jako smakujesz, Aż się zepsujesz.

Czy o zdrowiu powinniśmy rzeczywiście myśleć dopiero wówczas, gdy go zabraknie i poja­wią się nieprzyjemne dolegliwości? Objawy chorób przewlekłych są wynikiem zaburzonej samoregulacji, a to właśnie od poprawy tej samoregulacji zależy zdrowienie organizmu. Spróbujmy zatem przedefiniować samo pojęcie zdrowia:

Zdrowie to dążenie do coraz bardziej adekwatnego reagowania.

albo inaczej:

Zdrowie to harmonijny rozwój (salutogeneza)[lxiv].

Podstawą adekwatnego reagowania organizmu jest sprawnie działająca samoregulacja oparta na sprzężeniach zwrotnych. Organizm powinien realnie ocenić wpływające na niego czynniki i powinien mieć możliwość wydajnego na nie odpowiadania. To bardziej proces niż stan. Całościowo adekwatna (odpowiednia) reakcja obejmuje płaszczyzny: fizyczną, psychiczną oraz społeczną. Im reakcja jest bardziej adekwatna, tym bardziej jest całościowa i zharmoni­zo­wana. Zauważmy, że reakcja całościowo adekwatna nie zawsze musi być wycinkowo najlepsza (np. pobicie rekordu Guinessa częstokroć przecież szkodzi zdrowiu).

Reakcja adekwatna zmierza również do tego, by organizm się rozwijał, stawał się bar­dziej harmonijny (będący w zgodzie ze sobą jak i z otoczeniem), i obejmuje proces dąże­nia do coraz lepszej autokorekty błędów. Istotą autokorekty jest prawidłowo działające sprzężenie zwrotne, umożliwiające dostrzeganie i wpływanie na zaburzenia, tak by reakcja również długofalowo była coraz bardziej adekwatna. Inaczej można to określić jako rozwój, czyli dążenie układu żywego do koherencji (harmonii, spójności – braku sprzeczno­ści). Może się to wiązać z przejściowym pogorszeniem jego funkcjonowania na jednym z pozio­mów (dekoherencją), dla uzyskania harmonii na poziomie wyższym (np. niegroźna cho­roba ostra może być niekiedy sposobem na głębszą korektę całego, powiązanego układu psycho­neuro­immunologicznego). Im bardziej organizm staje się zharmonizowany – tym bardziej jest zdrowy. Koncepcję tę dobrze ujmuje termin salutogeneza[lxv] (budowanie zdrowia).

Nie tylko intuicyjnie czujemy, co to oznacza, ale z łatwością możemy znaleźć przykłady takiego zdrowego, adekwatnego reagowania, badać je, mierzyć i porównywać.

Może warto by spojrzeć w tym kontekście inaczej na choroby, tak jak to zrobił dr Jackie Swartz ze szwedzkiego szpitala w Järna.[lxvi] Przeprowadził on badania dzieci w Järna, mieście które objęła epidemia odry. Okazało się, że dzieci mające alergię na mleko, dwa dni po zachorowaniu nagle nabrały na nie wielkiej ochoty. Mieliśmy inne przykłady – opisuje Swartz – Dzieci po przejściu choroby zaczynały chodzić, nie korzystały z pieluszek, przesypiały po raz pierwszy bez budzenia się całą noc lub też zanikały u nich wysypki uczuleniowe. Swartz pyta więc: Czy naprawdę jest się zdrowszym, jeżeli się nie choruje? Sądzę, że normalne choroby dziecięce, takie jak odra, różyczka, świnka, tak naprawdę wzmacniają system immunologiczny organizmu. Pozytywny wpływ chorób zakaźnych na przestrojenie ogólnej odporności organizmu odnotowywał już w swoich czasach twórca homeopatii Samuel Hahnemann[lxvii].

Organizm o większej dojrzałości reaguje bardziej adekwatnie na otoczenie i wykorzystuje to do własnego rozwoju. Szkoda, że takie obserwacje giną w zalewie standaryzowanych badań randomizowanych.

Choroby przewlekłe – efekt błędnego reagowania

Organizm jest przeogromnym, samoregulującym się systemem, pozostającym w dynamicznej równowadze, którą nazywamy homeostazą. Wzorce tej równowagi są zawarte wewnątrz organizmu i jeśli są błędne, to mamy do czynienia z chorobą, czyli ze stanem nieprawidłowo przywracanej równowagi. Żeby temu przeciwdziałać podaje się lekarstwa, które działają przeciwnie do odchylenia, sztucznie wymuszając nową równowagę. Niestety, tak jak np. w nadciśnieniu leki te często powinny być stosowane praktycznie do końca życia. Z punktu widzenia zmodyfikowanej definicji zdrowia takie działania nie tylko nie pomagają, ale wręcz przeszkadzają w autokorekcie, utrwalając stan choroby. Zgodnie z prawem przekory dotyczą­cym układów chemicznych – a organizm jest z pewnością wielkim układem biochemicznym – będzie on zawsze działał przeciwnie do czynników zaburzających jego homeostazę (czyli tutaj lekarstw). Podobnie przy walce z otyłością, przegrywanej przez coraz większą liczbę osób, mamy do czynienia z efektem jo-jo. Dieta koryguję wagę, ale wcale nie musi korygo­wać emocji wynikających z błędnego postrzegania rzeczywistości[lxviii]. A przecież wypaczenie postrzegania rzeczywistości jest domeną naszej psychiki. Wykazano wielokrotnie, że jednym z głównych czynników, który uaktywnia mechanizmy obronne prowadzące do takiego wypa­czenia jest lęk[lxix]. Mechanizm rozwoju takiego błędnego postrzegania rzeczywistości opisuje w swojej książce „Konieczne kłamstwa”[lxx] psycholog, wieloletni redaktor naczelny „Psychology Today”, Daniel Goleman. Żeby nie czuć ciągłego lęku, świadomość odcina się od pamięci – wypieramy i negujemy to, co jest częścią nas samych, a to z kolei zaburza nasz odbiór świata[lxxi], a na tym właśnie polega nieprawidłowe reagowanie organizmu na otoczenie. Dochodzi do błędnej interpretacji otaczającej rzeczywistości, do niedostrzegania pewnych jej obszarów, wynikiem czego jest nieadekwatność reakcji organizmu. Czyż osoby zestreso­wane nie reagują gorzej choćby na proces leczenia, nie chorują bardziej?[lxxii],[lxxiii]

Badania pokazują, że wystarczy wspomnienie stresującej sytuacji wywołującej złość, aby zmienił się wyrzut krwi[lxxiv]. Zmiany stanu fizjologii pod wpływem emocji widać dramatycznie u osób cierpiących na zespół wstrząsu pourazowego (PTSD), jednak w jakimś stopniu dotyczy to każdego z nas.

Patrząc na choroby z tego punktu widzenia, widzimy, że tak częsta współcześnie alergia wiąże się z nadmierną reaktywnością organizmu, podobnie jak choroby z autoimmunoagresji, zaś depresja to z kolei nieumiejętność utrzymania równowagi neurohormonalnej. Na próżno jednak szukać w opracowaniach wyjaśniających patogenezę tych chorób, wyjaśnienia, co rze­czywiście steruje wszystkimi tymi mechanizmami. Zdecydowanie może na nie wpływać stres, ale przecież odczuwanie najmniejszego nawet stresu rozpoczyna się w psychice. Mówi się tyle o walce ze stresem, kiedy walka raczej stres pogłębia. Prosty relaks również nie pomoże, by uporać się z głęboko wkodowanym niewspółmiernym reagowaniem na stres.

Dezintegracja pozytywna

W rzeczywistym przetworzeniu głębokich lęków i uwolnieniu się od nich może być pomocna roz­winięta przez polskiego psychiatrę prof. Kazimierza Dąbrowskiego teoria dezintegracji pozytywnej[lxxv]. Mówi ona, że zdrowie psychiczne zdobywa się dynamicznie, w trakcie przecho­dzenia przez etapy dezintegracji i kształtowania się psychiki, co profesor określił jako jej rozwój i jest to spójne z większością form psychoterapii. Taką dezintegrację zapoczątko­wuje dysonans poznawczy[lxxvi] – odczucie niezgodności we własnych sądach. A leki? Przecież można wziąć lekarstwa i poczuć się dobrze, one poprawią nam pamięć i koncentra­cję, mogą też usunąć zmęcze­nie[lxxvii] i wyciszyć odczuwanie dysonansowego nie­pokoju. Tylko czy jest to rzeczywiście zdrowe? Czy człowiek w istocie nie staje się przez to jeszcze bardziej bezmyślną maszyną? Czy leki chemiczne nie „chronią” nas aby przed refleksją?

Zauważmy, że skutecznymi osobami działającymi bez głębszej refleksji, na ogół zadowolo­nymi z siebie i usatysfakcjo­nowanymi swoim życiem wewnętrznym (niewidzącymi potrzeby zmian), a przy tym nielękającymi się ani prze­szłości, ani przyszłości są… psychopaci[lxxviii]. Choć spełniają oni obowiązujące w medycynie kryteria zdrowia psychicznego, są osobami nieczułymi i niewrażliwymi, nieprzejawiającymi fizjologicznych komponent strachu[lxxix]. Czy mamy powody, aby zaprzeczyć tezie, że w małej skali leki chemiczne działające w podobnym kierunku – znieczulając i odcinając organizm od wrażliwości na samego siebie – nie mogą dodatkowo, poza innymi czynnikami, utrwalać takiej postawy?

W koncepcji prof. Dąbrowskiego psychopata odpowiada najniższemu stopniowi rozwoju – integracji pierwotnej. Czy mamy pewność, że leki chemiczne nie mogą przyczy­niać się do zatrzymywania na tym, społecznie bardzo niezdrowym, poziomie? Wątpliwości o dbałość w tej kwestii może budzić już sam charakter nadużyć związanych z ich reklamą.[lxxx],[lxxxi]

Radosne może być życie staruszka

Badania stulatków dostarczają argumentu wiążącego adekwatne, harmonijne reagowanie na poziomie psychicznym, ze zdrowiem fizycznym i dojrzałością emocjonalną. Obecnie, również wśród lekarzy, panuje przekonanie, że człowiek stary musi być schorowany, niedołężny i ulegać demencji. Takich ludzi często spotykamy w szpitalach i porad­niach. Do innych wniosków doszli autorzy przeprowadzonych w Stanach Zjednoczonych systematy­cznych badań osób długowiecznych: The New England Centenarian Study – NECS i opisanych w książce „Dożyć do 100” (Wyd. Moderski i S-ka, Poznań 1999)[lxxxii]. Wyniki zasko­czyły samych badaczy i dały naukowe podstawy twierdzeniu, że: „to, że stajesz się co­raz starszy, nie musi oznaczać, iż będziesz coraz bar­dziej chory”.

 

Stulatkowie nie zawdzięczają więc zdro­wia lekom i operacjom. (…)

W rodzinach stulatków zachorowalność na ra­ka jest niesłychanie niska i wskazuje na pewien rodzaj „od­porności”, której dotąd nie zdołaliśmy zbadać. (…)

Stulatkowie są grupą ludzi odpornych na raka, choroby serca i, co wykazały nasze badania, również na chorobę Alzheimera. Były na to także inne dowody. Z relacji rodzin naszych pacjentów wy­nikało, że większość stulatków rzadko chorowała, a 95% z nich było zdrowych jeszcze po ukończeniu 90 lat.[lxxxiii]

Jest oczywiście prawdą, że wzrasta ogólna liczba osób dożywających tak sędziwego wieku, ale nie można tego jednoznacznie przypisywać osiągnięciom medycyny. Niebagatelny wpływ ma rozwój higieny i poprawa sytuacji społecznej. Jak wynika z trzyletniej analizy, dokonanej przez WHO[lxxxiv], większą rolę, jeśli chodzi o długość życia i stan zdrowia, odgrywają czynniki społeczne niż genetyczne[lxxxv]. Widać tu wyraźnie, że również adekwatne reagowanie w sytu­acjach społecznych nierozerwalnie wiąże się ze zdrowiem.

 

Czy rzeczywiście zdrowie tych osób zależy wyłącznie od ich niewątpliwych predyspozycji genetycznych? Wyróżniającą i wspólną cechą osobowości badanych stulatków był niski poziom „neurotyczności”, który „określa wszystko to, co nazywamy negatywnymi emocjami lub niezdrowymi uczuciami, takimi jak gniew, strach, poczucie winy i smutek, a poza tym depresja, niepokój, wrogość, impulsywność i lęk przed kontaktami z ludźmi”[lxxxvi]. Osoby te wy­dają się potwierdzać powiedzenie, że w zdrowym ciele zdrowy duch. A może to właśnie ten „zdrowy duch” jest tym, co przyczynia się do zdrowia ciała?

Siła placebo

Czy ten „duch” nie jest właśnie tym, co określamy mianem placebo? Przecież fizycznie nie ma czegoś takiego jak placebo, czy nocebo. Nie jest to żadna tabletka, zastrzyk, ani operacja, mimo że za pomocą takich narzędzi i metod wykazano jego efekty[lxxxvii]. Jest to jedynie termin określający wewnętrzny wpływ organizmu na siebie, wzbudzony mniej lub bardziej udawa­nym bodźcem. Każdy z nas znalazł się z pewnością w przykrej sytuacji, gdy nie doznawszy bezpośredniego urazu, fizycznie odczuł stres. Odwrotna sytuacja też nie jest nam obca, jednak o wiele łatwiej jest nam się zestresować niż zrelaksować. Jeszcze trudniej jest uzyskać stan skoncentrowanej harmonii radości, określany jako przepływ[lxxxviii], czy uskrzydlenie[lxxxix]. To jeden  z powodów, dla których nie potwierdzono działania placebo w niektórych metaanalizach[xc] – nie umiemy bowiem świadomie wykorzystywać naszej mocy wpływania na własny organizm. „Placebo” działa, ale działania te przejawiają dużą różnorodność zależną od uwarunkowań kulturowych i zmienności indywidualnej. Jedne czynniki wpływają na większą grupę ludzi silniej, inne słabiej (np. zielone tabletki mogą „działać” bardziej uspokajająco, a brązowe „trawiennie”[xci]). W rzeczywistości bowiem – to nie „placebo” działa, lecz znaczenie, jakie mu nadajemy, a to w istotny sposób zależy od stanu psychiki, mniej lub bardziej prawidłowo postrzegającej rzeczy­wistość i możliwości jej wpływania na ciało. Większość chorych nie ma żadnej praktycznej wiedzy o panowaniu nad własnym umysłem i emocjami, bez trudu potrafi się za to stresować i zamartwiać. Niekiedy może zdarzyć się wyjątkowo pozytywna reakcja typu „placebo”, jak np. legendarne wyleczenie chorego z wrodzonej erytrodermii ichtioty­cznej Brocqa[xcii], nieuleczal­nej choroby, która nigdy więcej nie pojawiła się u tego pacjenta[xciii]. Takie „przy­padki” zalicza się automatycznie do pogardzanej przez badaczy kazuistyki, a z drugiej strony dzięki tego rodzaju uzdrowieniom niejeden uzdrowiciel zyskał rozgłos.

Zastanawiające jest, jak mało uwagi poświęca się rzeczywistej mocy kryjącej się za naszymi myślami. Tak jakby np. przypadki ciąży urojonej były jedynie urojeniami, a nie fizjologicz­nymi zmianami stanu pacjentek. Wprawdzie niby wierzymy, że „to” działa, ale w istocie marginalizujemy możliwość wpływania pacjentów na samych siebie (a więc ich samolecze­nia), tylko dlatego, że sami tego nie potrafimy. Jeśli lekarze nawet uznają „siłę placebo”, fakt ten nie ma przełożenia na praktykę. W większości przypadków nie mają pojęcia i nigdy się nie uczyli, jak można wykorzystać siły drzemiące w organizmie.

Zastępują to standardowym podawaniem lekarstw, tłumacząc, że na temat wpływu psychiki nie ma jednoznacznych badań. I jest to po części prawda, bo naukowcy ugrzęźli w swoich badaniach i stracili z oczu istotę zjawiska[xciv]. Bada się głównie osoby chore i jeśli przyjmiemy, że psychika może przyczyniać się do choroby, to są one tymi, które w tej sferze sobie nie poradziły. Tu koło się zamyka. Osoby zdrowe, bez problemów, nie są badane z punktu widzenia wpływu ich psychiki na zdrowie. Czasami tylko ktoś przebada zdrowie stulatków, jednak nawet wtedy zapracowani lekarze nie mają czasu i siły wyciągnąć z tego praktycznych wniosków.

W ocenie wpływu psychiki na organizm najczęściej nie uwzględnia się głębokości emocjo­nalnych zaburzeń. Łzy człowieka, który przed kilkudziesięciu laty był fotografem w obozie koncentracyjnym[xcv], są z pewnością wyrazem głębiej zakorzenionych emocji, niż łzy dziecka, które niechcący przestraszył pies sąsiadów. Nie można równoważnie traktować emocji od­działujących na organizm od lat kilkudziesięciu i emocji, które pojawiły się niedawno u dziecka, a tak się właśnie robi. Zakłada się, że psychika może co najwyżej przyczynić się do odwracalnych zaburzeń psychosomatycznych – tak jakby utrwalenie takiego stanu rzeczy, wpływające na ekspresję genów, nie mogło być podłożem chorób przewlekłych[xcvi]. I odwrot­nie, jeśli już psychika ma leczyć, to żąda się, by robiła to natychmiast, niezależnie od utrwa­lonego stanu emocji i utrwalonych zmian fizycznych.

Ignoruje się przy tym kwestię, że aby doszło do głębokich zmian psychiki potrzeba dużo wysiłku i wytrwałości, a wraz z wiekiem coraz trudniej takie zmiany uzyskać.

Podobne cierpienie

W swojej praktyce lekarskiej wielokrotnie spotykam się z powrotami stanów emocjonalnych i fizycznych, doświadczanych przez pacjentów w przeszłości. Powroty te według moich obserwacji wyraźnie wiążą się z zastosowanymi lekami homeopatycznymi. Pojedynczy nawrót bólu, który wcześniej był odczuwany przez pacjenta przed dziesięcioma laty w zwią­zku z wypadkiem samochodowym, a który ponownie wystąpił po podaniu indywidualnie dobranego leku homeopatycznego, może być oczywiście czystym zbiegiem okoliczności. Drugie, podobnie charakterystyczne zdarze­nie u innego pacjenta daje już do myślenia. Jeśli jednak różnego rodzaju nawroty dawnych dolegliwości i stanów emocjonalnych powtarzają się wielokrotnie u dziesiątek pacjentów, zawsze wyraźnie w związku z zażytymi lekami homeopatycznymi, trudno uznawać je za przypadek. Jest to zjawisko niełatwe do obiektywnego zbadania, ponie­waż u każdego pacjenta wracają stany dla niego charakterysty­czne i nie zawsze też mu­szą wystąpić przy każdym podaniu tego samego leku. Znamienne jest jednak, że jeżeli takie powroty dolegliwości wystę­pują, to przeważnie poja­wia­ją się w początkowym okresie po zmianie leków i najczęściej szybko ustępują. Zjawisko to często zaskakuje pacjentów wyraźnie odczu­wa­jących te krótkie nawroty. Przypisywanie tego efektu tylko sugestii wydaje się mało racjonalne. Dlaczego grupa lekarzy homeopatów miałaby dysponować tak szczególną siłą tej sugestii?

Problem ze statystycznym ujęciem opisanego tu fenomenu polega także na zmienności dolegliwości u różnych osób i względnym ich podobieństwie do stanów, które pacjenci już wcze­śniej odczuwali. To indywidualne podobieństwo dolegliwości jest, według wielu przesłanek, istotą leczenia homeopatycznego, a jednocześnie stwarza problem zweryfiko­wania działania leków. Większość homeopatów, którzy chorują jak każdy, przekonała się  o takim działaniu leków na sobie. Znani krytycy homeopatii, z którymi miałem kontakt, nie próbowali ani tego wyjaśniać, ani tym bardziej spróbować na sobie działania indywidualnie dobranych leków. Negowali homeopatię z zasady, z drugiej ręki, z punktu widzenia swojego paradygmatu i siłą swojego medycznego – w tym kontekście trudnego do uznania za obiekty­wny – autorytetu.

Pacjenci wielokrotnie po nawrocie dolegliwości odczuwają zdecydowaną poprawę. Czy więc wszystkie te dolegliwości można przypisać złudzeniom? Jeśli nawet, to trzeba przyznać, że są one logiczne i konsekwentne: to, co się pogarsza w pierwszej fazie po podaniu leku, później się poprawia. Jakby lek wywoływał podobne cierpienie (homeo – podobne, pathos – cierpie­nie), dające w efekcie poprawę zdrowotną. Oczywiście nie jest to cudowny sposób na wszystkie bolączki; lek musi być dobrany do stanu pacjenta, może się też okazać, że sami homeopaci skąpo ordynujący leki, wykorzystują potencjał swojej metody w niewielkim ułamku. Jednak nawet przy tych zastrzeżeniach pacjenci odczuwają ich działania na tyle sku­tecznie, żeby trwać przy swoim lekarzu homeopacie niejednokrotnie latami. Tłumaczenie takiego stanu rzeczy większą ilością czasu poświęconego pacjentom wydaje się mało roz­sądne i życzę sukcesów każdemu, kto chciałby przekonać przerażonego rodzica, że jego cho­remu dziecku nic nie dolega.

W tym aspekcie warto się również zastanowić, kto trafia do lekarzy homeopatów. Niejedno­krotnie są to pacjenci, którzy często chorują, byli wielokrotnie leczeni konwencjonalnie i w desperacji, oni lub ich rodzice, podejmują próbę leczenia homeopatycznego. Pod opieką homeopaty przestają tak często chorować. W przypadku dzieci zawsze próbuje się to tłuma­czyć określeniem typu: „wyrosło”. Tylko skoro większość intensywnie traktowanych home­opatią dzieci tak „wyrasta” z chorób, to może warto zaprosić homeopatów do współpracy przy ich leczeniu? Jatrogenne skutki hospitalizacji i faszerowania farmaceutykami przecież wcale nie są obojętne, a tym bardziej zdrowe. W praktyce okazuje się, że chore dziecko może sobie niejednokrotnie dać radę bez „niezbędnych” farmaceutyków, wsparte jedynie, jak określają to krytycy homeopatii, „zwykłym” placebo (co bez homeopatii wcale tak często się nie udaje). Wprawdzie rodzice sami pokrywają koszty kuracji, ale z ekonomicznego punktu wi­dzenia byłoby to po prostu tańsze, co potwierdza zresztą ów słynny szwajcarski raport PEK, oceniający m.in. ekonomiczne aspekty różnych gałęzi medycyny alternatywnej[xcvii].

Wiarygodność homeopatii

Podstawowym zarzutem kierowanym w stronę homeopatii jest brak wiarygodności doświad­czalnej i podstaw teoretycznych. Często wykorzystywanym argumentem przeciwników homeopatii jest pojedyncza metaanaliza, opublikowana w 2005 roku przez szwajcarskich bada­czy w periodyku medycznym „Lancet”[xcviii]. Nikt z tych krytyków zapewne nie zajrzał na stronę Europejskiego Komitetu Homeopatii (ECH), gdzie omówione są inne badania[xcix], w tym wcze­śniejsza metaanaliza, zamieszczona w tym samym „Lancecie”, w której nie podważono sku­teczności homeopatii[c]. Przyjęte a priori założenie, że leki homeopatyczne nie działają, potwier­dzone jedną, jak się okazuje wadliwie przeprowadzoną[ci],[cii] i dyskusyjną metaanalizą, nie może usprawie­dliwiać odrzucenia wniosków płynących z innych badań. Czym innym jest nierzetelnie opracowana[ciii], metaanali­tyczna krytyka badań klinicznych, nie najtrafniej dobra­nych z punktu widzenia istoty metody, a czym innym samo potwierdzenie działania choćby jednego z leków homeopatycznych. A takiego działania autorzy artykułu z „Lancetu” nie podważają zajmując się tylko statystykami efektów klinicznych.

 

Metaanaliza dotycząca homeopatii opublikowana w czasopiśmie „Lancet” w 2005 roku, w rzeczywistości wykorzystywała 8 badań wybranych z grupy liczącej 110. Prasa popularna, przekazując wnioski płynące z tej analizy, podała nierzetelnie, iż była ona oparta na wszyst­kich 110 badaniach, które analizowano tylko w pierwszej fazie.[civ] W wybranych przez naukow­ców badaniach względnie duża grupa osób otrzymywała jeden i ten sam lek, co jest niezgodne z podstawową zasadą leczenia homeopatycznego, a mianowicie zasadą indywidu­alizacji. W rzeczywistości takie badania nie odzwierciedlają obecnej homeopatycznej praktyki medycznej i nie mogą służyć do zweryfikowania metody.

Badania te były częścią szerszego Szwajcarskiego Programu Oceny Medycyny Komplemen­tarnej. Autorzy całego raportu wnioskowali, że kliniczna skuteczność homeopatii jest praw­dopodobna. Przeciwne wnioski wyciągnęli autorzy omawianej metaanalizy, która oparta była na tych samych badaniach.[cv]

Czy rzeczywiście nie ma żadnych badań potwierdzających działanie leków homeopatycz­nych? W maju 2008 roku w Belgii uczestniczyłem w największym 63. dorocznym  kongresie Międzynarodowej Medycznej Ligi Homeopatycznej, tematem którego była: Homeopatia oparta na dowodach (Evidence Based Homeopathy)[cvi]. Zaprezentowano tam wiele ciekawych doniesień dotyczących skuteczności homeopatii popartych zarówno rzetelnymi bada­niami naukowymi jak i obserwacjami klinicznymi. Wyniki takie są marginalizowane, a w tłumie krytycznych wypowiedzi giną głosy osób próbują­cych dokonać obiektywnej oceny tych wniosków i sugerujących, że takie doświadczenia dyskredytuje się na rozmaite sposoby, bo ich pozytywne wyniki nie pasują do obowiązujących poglądów[cvii]. Wokół homeopatii narosło wiele nieporozumień i uprzedzeń, które stwarzają złą atmosferę dla badań w tej dziedzinie.

Z rzetelnym podejściem naukowców mamy do czynienia w ciekawym eksperymencie (wielokrotnie powtarzanym, z grupą kontrolną, zrandomizowanym zgodnie z obowiązującymi standardami), który potwierdził w określonej sytuacji działanie wybranego leku homeopatycznego na organizmy żywe[cviii]. Trudność w badaniu wpływu leków homeopatycz­nych polega na tym, że różne leki różnie oddziałują w różnych sytuacjach na różne osoby (organizmy). Kto jednak odczuł na sobie i widział u innych działanie homeopa­tycznie przygotowanych substancji, ten częstokroć zastanawia się, jak wykorzystać to działa­nie w praktyce. Środowisko medyczne zdaje się nie zauważać, a czasem nie dopuszczać moż­liwości, że większość lekarzy homeopatów kieruje się tymi samymi przesłankami co „zwykli” lekarze: prostą chęcią niesienia pomocy innym ludziom, którzy w tym przypadku częstokroć nie mogli jej znaleźć na gruncie powszechnie uznawanej medycyny.

Osoby negujące efekty leczenia homeopatycznego twierdzą, że nie może ono działać, ponie­waż dla takiego sposobu przygotowywania leków nie ma żadnych przesłanek doświadczal­nych i teoretycznych. Często przy tym powołują się na fizykę, która jakoby nie dopuszcza przekazu informacji poniżej rozcieńczeń w których nie ma ani jednego atomu substancji pierwotnej. Mogłoby to być prawdą, kiedy jako odniesienie przyjmiemy szkolny model atomu, jednak świat ani nie kończy się na atomach, ani się od nich nie zaczyna.

Od 1991 roku są prowadzone eksperymenty pod kierunkiem doktora nauk biologicznych P.C. Endlera z Kolegium Międzyuniwerysteckiego w Grazu[cix],[cx] nad wpływem leków homeopatycz­nych na kijanki żab. W ostatnio ogłoszonym, zrandomizowanym według przyjętych standardów badaniu, przeprowadzonym niezależnie przez trzy grupy badaczy, wykazano statystycznie istotne działanie leku homeopatycznego na organizmy zwierząt[cxi].

Eksperyment polegał na jednorazowym podaniu kijankom w fazie dwunożnej roztworu tyroksyny (10-8), znanego z pobudzania ich do przejścia do fazy czteronożnej. Następnie u części z nich powtarzano podawanie roztworu homeopatycznie przygotowanej tyroksyny w potencji C30, a u reszty czystej wody, przygotowanej według takich samych zasad (z pominięciem substancji wyj­ściowej). Okazało się, że homeopatyczna tyroksyna podawana co 48 godzin ma efekt odwrotny do pierwotnego bodźca tyroksynowego i spowalnia przekształcenie (paradoksalnie przy inten­sywniejszym podawaniu przyspieszała je – co również jest charakterystyczną i odnotowaną w homeopatii inwersją działania leków).

Próby kontrolne z potencjonowaną wodą takiego efektu nie wykazywały.

W celu pełniejszej kontroli i zbadania czynników dodatkowych, niektóre z próbek homeopatycz­nie przygotowanej tyroksyny poddawano ekspozycji na pole jednego z urządzeń technicznych (promieniowania mikrofalowego – z mikrofalówki o starszej konstrukcji, radiowego – z telefonu komórkowego, widzialnego – ze skanera kodów kreskowych i rentgenowskiego – z urządzenia prze­świetlającego wykorzystywanego na lotniskach). I tu okazało się, że dwa spośród tych urządzeń (mikrofalówka i telefon komórkowy) powodują zniknięcie efektu opóźnienia w roztworach (ba­dania dotyczące trwalszej postaci leku – granulek – są w toku). Dwa pozostałe urządzenia takiego wpływu nie miały. A więc nie tylko osiągnięto efekt, ale pokazano że można go zniwelować!

 „Porządkowanie fraktali” – hipotetyczny sposób działania homeopatii

Jakie wiarygodne teorie naukowe, mogłyby wyjaśniać i uzasadniać działanie homeopatii? Być może sposobem wyjaśnienia działania leków homeopatycznych jest opis zjawisk przyrodniczych przy użyciu fraktali – samopodobnych struktur[cxii]. Struktury organizmu takie jak sieć naczyń płucnych, czy nerkowych wykazują cechy fraktalne, co więcej – powierzchnie, przynajmniej niektórych białek mają wymiar fraktalny[cxiii], a dynamikę przebiegu wielu proce­sów chemicznych w organizmie można opisać właśnie za pomocą fraktali. Zaznaczmy to raz jeszcze – istotą fraktala jest samopodobieństwo, a więc w jego najmniej­szym fragmencie zawarta jest idea całości. Gdzie jednak może mieścić się ta najmniejsza część? Być może kro­kiem do odkrycia tej zagadki jest jedna z nowych wersji kwantowej teorii grawitacji opisana przez Jana Ambjørna, Jerzego Jurkiewicza i Renate Loli w artykule „Samoorganizujący się kwantowy wszechświat[cxiv] (ŚN 8/2008). Zacytujmy autorów badania: „Obecnie badamy ob­szary o jeszcze mniejszych rozmiarach. Być może Wszechświat jest w nich fraktalny, co ozna­czałoby, że nie składa się z żadnych niepodzielnych cegiełek w rodzaju strun lub atomów cza­soprzestrzeni, lecz jest nieskończenie podzielny: struktury pojawiające się tuż po przekrocze­niu pewnej granicznej skali powtarzają się bez końca w skalach coraz mniejszych.”[cxv]

Jeżeli cała czasoprzestrzeń sprowadza się do struktur fraktalnych, w praktyce mogłoby to znaczyć, że sposób, w jaki są przygotowywane leki homeopatyczne – polegający na rozcień­czaniu i wstrząsaniu substancji pierwotnej np. pochodzenia roślinnego czy zwierzęcego może prowadzić właśnie do uporządkowania fraktalnego wzorca czasoprzestrzeni charakterystycz­nego dla danej substancji. Istnieje zatem teoretyczna możliwość, że lek homeopatyczny wzmacnia i przekazuje informację o fraktalnym wzorcu materii pierwotnie w nim zawartej. Być może to porządkowanie ma naturę sinusoidalną, podobną do fali, czego dowodem może być sposób detekcji wysokich rozcieńczeń poprzez układy białkowe[cxvi]. Ostatnio zaczynają się pojawiać badania wskazujące na możliwy fizyczny wymiar działania leków homeopatycz­nych[cxvii].

Wspomnijmy uczciwie, że chorobotwórczy wpływ bakterii również negowano tylko dlatego, że nie umiano go potwierdzić, a twórca antyseptyki angielski chirurg Joseph Lister był wyśmiewany przez mu współczesnych[cxviii].

Na obraz i podobieństwo – czyli co jest do czego podobne

Gdyby w leku homeopatycznym rzeczywiście udawało się zawrzeć jakiś fundamentalny, fraktalny wzorzec, co by to mogło oznaczać w praktyce? Być może zbliżamy się tu do platoń­skich idei – matematycznych bytów opisujących „wyższą” rzeczywistość. Nie można wyklu­czyć, że fraktalny wzór np. jakiejś rośliny, tożsamy dla całego gatunku takich roślin, współgra z jakimś dynamicznym stanem naszego organizmu. W istocie nie ma substancji chemicznych, które przyjęte nie wpływałyby w charakterystyczny dla siebie sposób na nasz organizm, na psychikę i emocje.

W większości przypadków potrafimy szybko i bez problemu wyczuwać i klasyfikować analogiczne stany emocjonalne u innych ludzi. Być może jest tak, że każdy z nich można opisać konkretnym wzorem – zgodnym dla całej grupy podobnych stanów. Jednocześnie ze stanem emocjonalno-psychicznym wiąże się odpowiadający mu stan fizjologiczny.

Homeopaci praktycznie od początku starają się takie wzorce rozpoznawać i przypisywać je konkretnym lekom. Efektem tej mrówczej pracy, zapoczątkowanej na przełomie XVIII i XIX wieku przez Hahnemanna i wprowadzającej jako podstawę metodologii badawczej próby lekowe[cxix], są mniej lub bardziej udane książki zawierające zbiory objawów z wyliczonymi lekami (Repertoria homeopatyczne) i inne publikacje z całościowymi opisami „obrazów lekowych” (Homeopatyczne Materia Medica). Na takiej podstawie leki są ordynowane pacjentom. Lek homeopatyczny przyjęty do organizmu ma wzmacniać chorobowy (nieadekwatny) stan (podobnie jak dzieje się to w przypadku interferencji fal), czego wynikiem są obserwowane przez homeopatów pierwotne pogorszenia homeopatyczne. Tylko wzmocnienie sygnału po­zwala na jego zauważenie i właściwą odpowiedź, bo wcześniej organizm po prostu nie widzi zagrożenia. Zauważmy, że w efekcie z jednej strony organizm działa zgodnie ze wspomnia­nym prawem przekory, reagując na nasilenie wygaszeniem danych reakcji (na ile to dla niego jest możliwe), z drugiej – uczy się takie wyraźniejsze sygnały lepiej odczuwać. Mogłoby to zatem poprawiać adekwatność jego reagowania i mógł­by on lepiej korygować swoją równo­wagę, lepiej rozpoznawać błędy odbioru rzeczywistości. Leki homeopatyczne stymulowa­łyby w ten sposób regulację organizmu. Zamiast wykonywać pewną pracę za organizm, jak to się dzieje w przypadku leków chemicznych, mobilizowałyby go do jej samodzielnego wy­konania. Tym samym – ich działanie zawierałoby się w ramach tzw. placebo, czyli możli­wości organizmu wpływania na samego siebie, ale byłoby swoistego rodzaju regulatorem tego „placebo”. Jest prawdopodobne i logicznie uzasadnione, że homeopatia otwiera przed nami inny sposób leczenia, prowadzący do rzeczywistego zdrowia, u którego źródeł leżą naj­głębsze prawa Natury.

Gdzie są granice działania homeopatii?

Skoro homeopatia działa, dlaczego nie jest stosowana powszechnie, dlaczego wiąże się z nią tyle wątpliwości i sceptycyzmu?

Wynika to z kilku powodów. Pierwszym z nich jest sam organizm. Jesteśmy przyzwyczajeni do szybkich i efektownych działań. Coś nas boli – ma przestać. Coś się z nami dzieje – zaraz domagamy się, by było lepiej. Jednak nie zawsze i nie każdy organizm potrafi tak szybko działać, nie mówiąc o tym, że pewne procesy wymagają dłuższej transformacji. Ponieważ homeopatia opiera się na działaniach organizmu, zarzuca się jej, że nie działa dostatecznie szybko.

Z jednej strony to nieprawda, bo w sytuacjach ostrych, które nie są podbudowane głęboką patologią, trafnie dobrane intensywne leczenie homeopatyczne działa nie mniej szybko i sprawnie jak najlepsze farmaceutyki. Z doświadczeń homeopatów wynika, że wiele nagminnych chorób u dzieci mogłoby być leczonych wyłącznie przy użyciu homeo­patii. Jeśli jednak zamiast wyleczenia, żądamy obniżenia temperatury, które w większości wypadków nie ma dowiedzionego uzasadnienia[cxx],[cxxi] (a jest przecież fizjologi­cznym sposo­bem obrony przed infekcją), to homeopatia na pewno się tu nie sprawdzi.

Z drugiej strony, homeopatia nie jest w stanie szybko zadziałać tam, gdzie wyczerpały się możliwości organizmu, gdzie jego stan jest głęboko utrwalony. Organizm funkcjonujący patologicznie przez lata nie jest w stanie od razu (a czasem w ogóle) podjąć odpowiednich działań. Lek homeopatyczny nie będzie działał również tam, gdzie występuje wrodzony brak możliwości działania organizmu, bowiem granice homeopatii leżą właśnie tam, gdzie leżą granice możliwości organizmu. Jednocześnie granice te są częstokroć bardzo rozległe, a jesz­cze mogą się poszerzać. Tak jak zwiększa się sprawność rehabilitowanej osoby, tak samo organizm poddawany działaniu leków homeopatycznych przestraja się i zwiększa swe możli­wości fizjologiczne. Jednak stan taki nie pojawia się natychmiastowo, jest tworzony w długim i mozolnym procesie, przypominającym uczenie się lub regularne ćwiczenia fizyczne.

Homeopatia u wielu chorych, szczególnie osób z utrwalonymi chorobami przewlekłymi, nie zastąpi leczenia chemicznego, chociaż i w takich przypadkach może skutecznie pomóc, jak pomaga niedoceniany przez większość lekarzy ruch[cxxii] i inne formy terapii[cxxiii]. Jednak jej najważ­niejszym polem działania powinno być – a w praktyce już teraz jest – budowanie harmonijnego zdrowia od najmłodszych lat.

Obecnie największą przeszkodą dla powszechnego stosowania homeopatii są dotychczasowe, efektowne osiągnięcia dominującego obecnie wzorca medycznego. Dzięki niemu ujarzmili­śmy wiele chorób zakaźnych i potrafimy w większości przypadków ograniczać i niwelować cierpienia. Próbujemy nie dostrzegać, że np. na niewątpliwy sukces antybiotykoterapii cie­niem kładą się coraz częstsze zakażenia wysoce opornymi superbakteriami[cxxiv]. Czy zabijanie bakterii, będących bezpośrednią przyczyną powstania objawów, leczy chorobowy nieadekwa­tny stan organizmu, który pozwolił na wniknięcie patogenów i rozwój choroby, czy raczej pomaga go utrwalić, a efektem takiego utrwalenia może być „inna”, częstokroć bar­dziej przewlekła choroba i inne objawy? W homeopatii taki proces pozornego leczenia okre­śla się mianem stłumienia.

Czasami rzeczywiście trzeba zastosować antybiotyk i może to być najlepsze działanie w danej sytuacji (pomagające organizmowi przeżyć lub uniknąć nieodwracalnego kalectwa). Nie powinno się to jednak stać istotą leczenia, co potwierdzają między innymi częste nawroty infekcji u dzieci. W większości przypadków sednem problemu tych dzieci są niewspółmierne (nieadekwatne) emocje powodujące obniżenie sprawności układu odpornościowego, a nie mało zjadliwe bakterie, które to osłabienie tylko wykorzystują.

Brak nękających objawów i przedłużenie życia dla wielu osób okazują się na ten moment zadowalające. Czy takie podejście będzie wystarczające w przyszłości? Czy takie leczenie prowadzi do radosnej starości? O wiele trudniej jest nauczyć się kontrolować swój organizm, niż ulegać zachciankom. Medycyna na bazie swoich sukcesów stwarza nadzieje, że obojętnie, jak postępujemy, znajdą się środki, by zapobiec niepożądanym konsekwencjom naszych działań. Homeopatia również nie zastąpi refleksji i dokonywania wyborów, ale stwarza szansę na uruchomienie mechanizmów uwalniających od problemów, które zapisane w ciele, towarzyszyłyby organizmowi przez całe życie. To z kolei pomaga nawiązywać lepszy kontakt z rzeczywistością, zwiększa poczucie realizmu, pozwala stawać się odpowiedzial­nym za własne zdrowie i życie.

Czy i jak te możliwości wykorzystamy, zależy od nas samych.

Homeopatyczne kontrowersje

Wprawdzie homeopatia jest rozwijana od ponad 200 lat, jednak nie oznacza to, że jest syste­mem dojrzałym i jednolitym. Przeciwnie, zajmując się nią można odnieść wrażenie, że jest to system podzielony na różne frakcje i odłamy. Z jednej strony mamy do czynienia z homeopa­tią według klasycznych zasad, z pojedynczymi, indywidualnie dobranymi, oszczędnie dawkowanymi lekami, z drugiej coraz bardziej popularne stają się leki złożone, mające zadziałać objawowo i konkurować z medycyną chemiczną. Pomiędzy tymi biegunami uplasowało się sporo różnych pomysłów na dobór najlepszego leku homeopatycznego, w których zagubić mogą się nawet sami homeopaci, zaś laicy takie terminy jak terapia sekwencyjna, dobieranie leków według królestw, czy miazm będą kojarzyć raczej z czarną magią niż leczeniem ludzi. Po części przyczynił się do takiego stanu rzeczy sam twórca homeopatii, Samuel Hahnemann.

Jego odkrycia dawały zadziwiające efekty praktyczne, ale nie zezwalał innym na zbyt swo­bodne rozwijanie tej metody i nie tylko odżegnywał się od jakiejkolwiek współpracy z leka­rzami alopatami, ale wręcz był do nich wrogo nastawiony. Prawdopodobnie bez takiego podejścia nie byłoby szansy na rozwój tej metody, lecz zaowocowało ono późniejszym rozkwi­tem licznych nurtów homeopatii, co w XX wieku doprowadziło do jej kryzysu. Wszystko to nie służy poważaniu i uznaniu homeopatii w szerokich kręgach medycznych, a obecny stan rzeczy pogłębiają również sami homeopaci „wychowani” przecież na obowiązu­jących zasa­dach walki z chorobą. Częstokroć, ulegając medycznym oczekiwaniom, poszukują cudow­nego leku, który ma szybko wyleczyć organizm. Pospieszne i powie­rzchowne próby leczenia chorób przewlekłych przy użyciu leków homeopatycznych obracają się przeciwko tej meto­dzie. Jak wykazano w doświadczeniu Endlera na kijankach, izopatyczna (ta sama) substancja przygotowana homeopatycznie w pierwszej fazie niweluje działanie substancji chemicznej, lecz przy częstszym podawaniu następuje konwersja, czyli odwrócenie działania.

Doświadczenie udowadnia działanie leku, ale sama istota leczenia homeopatycznego jest przeciwna. Jest nią kontrakcja organizmu, to słynne pogorszenie homeopatyczne, unikane przez niektórych homeopatów i krytykowane przez lekarzy, choć tu właśnie kryje się sedno powrotu do zdrowia, istota dezintegracji pozytywnej. Nawet spora część osób zajmujących się homeopatią wydaje się tego nie dostrzegać i nie doświadcza dobroczynnego działania częściej powtarzanych leków w wysokich potencjach. Takiemu rozwojowi homeopatii nie sprzyja również wrogie nastawienie środowiska lekarskiego, ani stronniczość krytycznych wobec homeopatii publikacji prasowych.

W efekcie już od stuleci trwa wojna homeopatów i alopatów. Pamiętajmy, że w czasach gdy żył Hahnemann, stosowano oczyszczanie rtęcią, a upusty krwi były powszechne (jedną z ich prawdopodobnych ofiar był prezydent Stanów Zjednoczonych Jerzy Waszyngton). Medy­cyna od tego czasu diametralnie zmieniła swoje oblicze i wycofała się z takiego „leczenia”, jednak cieniem pada na nią nadal obowiązująca, ta sama idea walki z objawami.

Homeopatia niezmienna w swej zasadzie stara się obecnie pogodzić wieloletnie doświadcze­nia homeopatów ze współczesną wiedzą na temat fizjologii i patologii organizmu. Z pokole­nia na pokolenie pojawiają się ciągle nowe osoby, które widzą w tej metodzie coś więcej niż „zwykłe placebo” i które wcale nie chcą wojować, a jedynie dążą do poprawy zdrowia.

Homeopatią zajmują się przeważnie lekarze, którzy nie mają za sobą bogatych firm, pienię­dzy z grantów, stypendiów itp., a mimo tego oprócz pracy z pacjentami większość z nas z własnych środków uczestniczy w kursach i seminariach, wielu stara się szkolić innych home­opatów i rozwijać metodę. Działający głównie w swoich gabinetach homeopaci wspierani są również przez garstkę naukowców, czy to niezależnych, czy zrzeszonych w GIRI[cxxv]. Z pewno­ścią nie są to wystarczające siły, by zunifikować teorię i praktykę homeopatii wbrew narastającemu dążeniu do wyeliminowania konkurencyjnej metody przez środowisko lekar­skie, wspierane siłą rzeczy przez koncerny farmaceutyczne.

Czy naprawdę musi dojść do głębokiego kryzysu obecnej ochrony zdrowia, z załamaniem przyrostu długości życia całej populacji, żebyśmy zrozumieli, jaką drogą kroczymy? Czy dyskredytowanie homeopatii nie jest sposobem na odwrócenie uwagi od niedopatrzeń systemowych medycyny i eliminowaniem ze środowiska lekarskiego krytyków, którzy mogliby stanąć na drodze do rosnących zysków? Lekarze homeopaci popełniają błędy podobnie jak wszyscy lekarze, ale odbieranie pacjentom możliwości alternatywnego sposobu podejścia do zdrowia jest często skazywaniem ich na cierpienie. Tym pacjentom, którym częstokroć pomogli homeopaci – a sam mam w swojej praktyce wiele takich osób – konwencjonalna medycyna nie była w stanie pomóc w takim stopniu, w jakim zrobiła to homeopatia. I z tego powodu uwa­żam opisane tu traktowanie homeopatii jako wysoce niehumanitarne. Czy jedynie słuszną drogą ma być przewlekłe „niewolnictwo lekowe”, któremu ulega coraz większa część naszego społeczeństwa?

Podsumowanie

Różne pojmowanie zdrowia doprowadziło obecnie do starcia dwóch światopoglądów doty­kających samej istoty człowieczeństwa. Z jednej strony mamy do czynienia z podejściem konsumpcyjnym, gdzie coraz wyższą cenę przychodzi płacić za usuwanie objawów i przedłu­żanie życia, z drugiej z podejściem rozwojowym, które wiąże się z długotrwałym procesem przebudowy samego siebie, brania odpowiedzialności za swoje życie i zdrowie. Z jednej strony mamy lekarstwa chemiczne narzucające organizmowi swoje działanie, z drugiej leki homeopatyczne, stymulujące go do reagowania. Wbrew pozorom obie strony często widzą wzajemne osiągnięcia i niedostatki. Lekarze homeopaci wcale nie uważają, że są w stanie wyleczyć nowotwory i nie odstawiają bezkrytycznie leków chemicznych, co im się niesłusz­nie przypisuje. Najczęściej potrafią rozpoznać ograniczenia swojej metody i często współpra­cują z innymi lekarzami. Lekarze alopaci, zachęcani chemicznym opanowywaniem dolegli­wości, starają się łagodzić efekty uboczne i w dużej mierze nie negują wielu pozytywnych działań homeopatów, przypisując je jednak nie samej metodzie, a poświęconemu pacjentom czasowi. Dla dobra pacjentów obu grupom lekarzy powinno zależeć na wzajemnej współ­pracy, bez której istota zdrowia będzie ulegała ciągłemu wypaczaniu.

 

Mimo wielu lat jakie upłynęły od wydania książki „Racjonalna diagnoza i leczenie; Wpro­wadzenie do medycyny wiarygodnej czyli Evidence-Based Medicine”, autorzy trafnie pod­sumowują stan obecnej wiedzy medycznej i perspektywy jej rozwoju:

„W większości dziedzin nasza wiedza jest nadal powierzchowna i niepełna.

W najbliższych latach biologia molekularna bez wątpienia pozwoli lepiej zrozumieć proces chorobowy. Ale jest całkiem możliwe, że od tradycyjnego sposobu myślenia odejdziemy
o wiele dalej.

W rozdziale tym posługiwaliśmy się pojęciem „modelu mechanicznego”, które mogło się wydawać pewnym uproszczeniem. Wybór ten można jednak usprawiedliwić racjami filozoficznymi. Myślenie naukowe w ogóle, a myślenie fizjologiczne szczególnie, ma charakter „mechaniczny” w tym sensie, że opiera się na newtonowskim obrazie świata, czyli świata, w którym obowiązują proste prawa przyrody. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat powstało jednak wiele nowych, rewolucyjnych idei, które istotnie zmieniają nasz pogląd na przyrodę. Pojawiły się nowe terminy i, zależnie od podejścia, mówi się o teorii złożoności, dynamice nieliniowej, teorii chaosu, teorii fraktali, czy też teorii otwartych samoorganizujących się systemów[65-68]. Te nowe pojęcia mogą nam istotnie pomóc w zrozumieniu twórczego charak­teru i rosnącej komplikacji organizmów żywych. Nauka newtonowska nie potrafiła tego wyja­śnić.

Niepodobna przewidzieć przyszłego rozwoju; z całą jednak pewnością można stwierdzić, że nowy światopogląd będzie miał głęboki wpływ na myślenie medyczne oraz nasze rozumienie procesu chorobowego.” [cxxvi]

 

Może już dzisiaj warto spróbować zapoczątkować zmiany, o których mówią autorzy „Racjo­nalnej diagnozy i terapii opartej na EBM”? Nawet jeżeli przyjmiemy, że homeopatia to tylko placebo (z czym się nie zgadzam), możemy zauważyć dwa pozytywne dla rozwoju medycyny i kon­cepcji zdrowia (acz często niewygodne dla samych lekarzy i przemysłu farmaceuty­cznego) aspekty homeopatii:

  1. Homeopaci potrafią niejednokrotnie wspomóc wewnętrzne mechanizmy zdrowienia ograniczając przy tym przyjmowanie leków chemicznych.
  2. Homeopaci reprezentują inny sposób widzenia zdrowia i choroby, a przez to są natural­nymi oponentami wobec obecnie obowiązującego paradygmatu medycznego.

Medycy konwencjonalni powinni to docenić i wykorzystać dla zdrowia pacjentów, a nie deprecjonować i negować, jak to czynią dotychczas, bowiem jak to starałem się wykazać – wcale nie mają monopolu na zdrowie. Dialogowi nie sprzyja również przyjęte za plecami homeopatów stanowisko Naczelnej Rady Lekarskiej, oceniające negatywnie homeopatię[cxxvii]. Nie sprzy­jają mu też działania rządu zmuszające producentów leków homeopatycznych do niewspół­miernie wysokich i niczym nie uzasadnionych, w stosunku do specyfiki produkcji, opłat za rejestrację poszczególnych leków. Nawet jeśli w leku „niczego nie ma” to ręczne wytworzenie jego wysokiej potencji zajmuje kilka miesięcy pracy jednej osoby, a takich leków istotnych dla homeopatów mogą być nawet setki. Bez różnorodności pojedynczych leków homeopatycz­nych prawdziwie poszukujący homeopaci nie będą mogli rozwijać swojej dziedziny, rodzima produkcja po prostu upadnie, a państwo na tym straci. Przy rosnącym zapotrzebowaniu na alternatywne sposoby leczenia takie działania spowodują przejęcie metody przez osoby przypadkowe, często bez wykształcenia medycznego, które na dodatek będą zmuszone do stosowania dostępnych, pod­stawowych leków w niskich potencjach. Wszystko to zamiast zapewnić rozwój, prowadziłoby do wypaczenia metody. Niektórzy być może ucieszyliby się z tego powodu. Oni jednak z pewno­ścią nie widzieli jak wiele mogą zdziałać leki homeopatyczne np. w sytuacji urazu. Ja miałem okazję widzieć, jak dzięki nim pacjenci opanowywali stres towarzyszący takiej sytuacji, a ich tkanki goiły się na tyle szybko, że wywoływało to zdziwienie opiekujących się nimi lekarzy. Sytuacja urazu jest zresztą jedną z nielicznych, przy których większość homeopatów dopusz­cza podawanie różnym pacjentom podobnych leków homeopatycznych bez dokładnej indywidualizacji – po prostu większość osób czuje się w takim stanie podobnie.

Byłaby to ciekawa okazja do przeprowadzenia dużego badania na skuteczność homeopatii,  jednak w chwili obecnej – homeopaci nie mają takiej możliwości, a alopaci ku temu woli. Zamiast krytykować homeopatię za brak badań klinicznych, może dla dobra pacjentów warto by było umożliwić takie badania na oddziałach urazowych, do których homeopaci ze swoim „placebo” nie mają dostępu? Trudno sobie wyobrazić mniej inwazyjne badanie z punktu wi­dzenia obecnie obowiązujących w medycynie kanonów, a największym problemem pozosta­wałaby w tym przypadku paradoksalnie kwestia rzetelności podawania takich leków przez osoby do nich nieprzekonane. Leki te oczywiście nie zastąpią operacji, ale mo­głyby wspomóc proces gojenia i radzenia sobie z powstającymi w takich sytuacjach emo­cjami.

Nie nawołujemy do tego, by w obecnej medycynie wprowadzać jakieś radykalne zmiany – prosimy jedynie o to, żeby nie degradować homeopatii w imię „jedynie słusznej ideologii me­dycznej”. Jeśli pozwoli się lekarzom homeopatom działać, to samo życie zweryfikuje wartość metody. Osobiście jestem spokojny o to, że homeopatia przynosi wiele korzyści chorym. Potwierdza to ostatnia inicjatywa szwajcarskich pacjentów, którzy zwrócili się do parlamentu o głosowanie nad przywróceniem cofniętego refundowania m.in. leczenia homeopatycznego. Rozsądnym krokiem, zabezpieczającym przed atakami co bardziej gorliwych kolegów, byłoby ustanowienie prawnej gwarancji uprawiania homeopatii przez lekarzy. W Polsce leka­rze home­opaci, podobnie jak wszyscy lekarze podlegają jurysdykcji środowiska lekarskiego, a poprzez zrzeszanie się w Stowarzyszeniach Lekarzy Homeopatów dbają o jakość szkoleń homeopa­tycznych. Zniechęcanie do takiego działania spowoduje przejęcie homeopatii przez osoby, nad którymi środowisko medyczne, mimo usilnych starań, nie ma w praktyce żadnej kon­troli[cxxviii]. Trudno bowiem sądzić, że rosnące zainteresowanie tą formą terapii nagle osłab­nie, tym bardziej, że stosowanie leków homeopatycznych jest w Unii Europejskiej prawnie dozwolone (np. w Niemczech szkolenia lekarzy w zakresie homeopatii są oficjalnie uznane przez Niemiecką Izbę Lekarską[cxxix]). Fakt dopuszczenia stosowania leków homeopatycznych w Polsce potwierdza także Minister­stwo Zdrowia[cxxx],[cxxxi] i Naczelna Rada Aptekarska[cxxxii].

Zaproszenie

Doskonałą płaszczyzną do przedyskutowania takich kwestii i podjęcia wspólnych dzia­łań będzie organizowany przez nas w dniach 26-30 sierpnia 2009 roku w Warszawie 64. Kongres Międzynarodowej Medycznej Ligi Homeopatycznej[cxxxiii], na który gorąco zapraszamy wszystkich lekarzy zainteresowanych homeopatią. Na kongresie będzie m.in. oka­zja do posłuchania, jak wygląda współpraca lekarzy homeopatów i alopatów w niemie­ckich klinikach. W trakcie kongresu z przyjemnością zorganizowalibyśmy wspólny panel dysku­syjny o jasno wytyczonych ramach, pomiędzy przedstawicielami medycyny akade­mi­ckiej z jednej strony, a międzynarodowymi przedstawicielami lekarzy praktykujących homeo­patię i osób ją badają­cych z drugiej. Do tego potrzeba oczywiście porozumienia obu stron – mam nadzieję, że ho­meopatyczna ręka wyciągnięta do pojednania nie zostanie odtrącona.

 



[i] Polsat Zdrowie i Uroda, Żeński Rozmiar – Homeopatia cz. 1, 2006

[ii] Diabetes Care 27:1047–1053, 2004, Global Prevalence of Diabetes

[iii] Złowrogie cienie farmakoterapii, Marek Derkacz, Gazeta Lekarska, 2009-03

http://www.gazetalekarska.pl/xml/nil/gazeta/numery/n2009/n200903/n20090315

[iv] Interakcje leków: niedoceniany problem, Wojciech Łuszczyna, 2006-10-05

www.urpl.gov.pl/lek_bezpieczny/INTERAKCJE_LEKOW_drLuszczyna.pdf

[vi] Dawka aspiryny a zawał, Puls Medycyny, 2008-01-30

http://www.pulsmedycyny.com.pl/index/archiwum/9007

[vii] Metaanaliza nt. aspiryny, Puls Medycyny, 2008-02-27

http://www.pulsmedycyny.com.pl/index/archiwum/9116

[x] Czy leki muszą być drogie?, Gazeta Wyborcza, 2008-10-04
http://wyborcza.pl/1,76498,5766111,Czy_leki_musza_byc_drogie_.html

[xi] Ból starości, Medical Tribune, 1/2008

[xii] WHO, Data and statistics

http://www.who.int/research/en/

[xiii] Stara Anglia pod opieką Polaków, Dorota Bawołek, Birmingham, Gazeta Wyborcza, 2008-09-15
http://wyborcza.pl/1,76842,5692969,Stara_Anglia_pod_opieka_Polakow.html

[xiv] Ponad milion Polaków przygniecionych przez długi, Gazeta Wyborcza, 2008-04-06

http://dom.gazeta.pl/kredyty_hipoteczne/1,87827,5093950.html

[xv] Migrena transformowana, czyli przewlekła, Puls Medycyny: 2005-03-16

[xvi] Złowrogie cienie farmakoterapii, Marek Derkacz, Gazeta Lekarska 2009-03

http://www.gazetalekarska.pl/xml/nil/gazeta/numery/n2009/n200903/n20090315

[xvii] Dawna medycyna jej tajemnice i potęga, Stulecie Chirurgów, Tryumf Chirurgów, Pacjenci, Kruchy Dom Duszy – Jürgen Thorwald

[xix] tamże

[xx] Leczenie przeciwgorączkowe, Przesłanki fizjologiczne, zastosowanie diagnostyczne i konsekwencje kliniczne, Plaisance KI, Mackowiak PA. JAMA-PL, wrzesień 2000, rocz. 2, nr 9

[xxii] Fabryka guzów mózgu, Carole Bass, Świat Nauki 7/2008

[xxiii] BMJ 2008, 336: 195-198.

[xxiv] Pacjenci nieodpowiadający na leczenie aspiryną, Puls Medycyny 2008-02-13

[xxv] Jaki gen, taki lek- rozmowa z Prof. Barbarą Gawrońską- Szklarz, Gazeta Wyborcza 24-09-2004

http://wyborcza.pl/1,75476,2303628.html

[xxviii] Po pierwszym sukcesie, Świat Nauki 11/2000

[xxix] Co dalej z ludzkim genomem?, Świat Nauki 10/2000

[xxx] Genom ukryty poza DNA, Świat Nauki 01/2004

[xxxi] Bmi1 is expressed in vivo in intestinal stem cells. Nature Genetics,  2008 Jul;40(7):915-20. Epub 2008 Jun 8.

[xxxii] The Consensus Coding Sequences of Human Breast and Colorectal Cancers, Published Online September 7, 2006, Science DOI: 10.1126/science.1133427

[xxxiii] Samolubna Komórka, Robert A.Weinberg, Wydawnictwo CiS, Warszawa 1999

[xxxv] „Mój przyjaciel rak”, Newsweek numer 26/04

http://www.newsweek.pl/artykuly/moj-przyjaciel-rak,19700,1

[xxxvii] Mężczyźni nie są lepsi, Przekrój, 2008-06-05

http://www.przekroj.pl/cywilizacja_nauka_artykul,2132.html

[xxxviii] „Kwestionowana skuteczność beta-blokerów w leczeniu nadciśnienia”, Puls Medycyny 2005-10-26

Lancet, 18 października 2005, online.

[xxxix] Effect of recolonisation with „interfering”  streptococci on recurrences of acute and secretory otitis media in children: randomised placebo controlled trial, BMJ 2001;322:210, Kristian Roos, Eva Grahn Håkansson, Stig Holm

[xl] Microbial ecology: Human gut microbes associated with obesity; Nature 444, 1022-1023 (21 December 2006) | doi:10.1038/4441022a; Received 8 October 2006; Accepted 10 November 2006; Ruth E. Ley, Peter J. Turnbaugh, Samuel Klein & Jeffrey I. Gordon

[xli] Nauka skorumpowana, Sheldon Krimsky, PIW 2006

[xliii] Ocalmy Ziemię: Raport o Ziemi 2008, BBC

[xliv] Kosztowna choroba refluksowa, Puls Medycyny, 2006-12-13

[xlv] Korzyści z infekcji Helicobacter pylori, Puls Medycyny, 2007-05-30

[xlvi] tamże

[xlvii] Czy leki muszą być drogie, Gazeta Wyborcza, 2008-10-04

http://wyborcza.pl/1,76498,5766111,Czy_leki_musza_byc_drogie_.html

[xlviii] Kalkulacja kuracji, Paweł Walewski, Polityka, 2008-05-05

http://www.polityka.pl/kalkulacja-kuracji/Lead30,936,254103,18/

[xlix] Rokowania dla raka, Paweł Walewski, Polityka, 2008-06-17

http://www.polityka.pl/rokowania-dla-raka/Lead30,936,259009,18/

[l] Racjonalna diagnoza i leczenie; Wprowadzenie do medycyny wiarygodnej czyli Evidence-Based Medicine, Henrik R. Wulff Peter C. Gotzsche, 1973-1997, wyd. polskie 2005

[li] Pigułka nadziei cz.2, Discovery Channel, 2003

[lii] Persistence of cognitive effects after withdrawal from long-term benzodiazepine use: a meta-analysis. Barker MJ, Greenwood KM, Jackson M, Crowe SF. Arch Clin Neuropsychol. 2004 Apr;19(3):437-54.

[liii] Cognitive effects of long-term benzodiazepine use: a meta-analysis. Barker MJ, Greenwood KM, Jackson M, Crowe SF. CNS Drugs. 2004;18(1):37-48.

[liv] Behaviorally conditioned immunosuppression. R Ader and N Cohen. Psychosomatic Medicine, Vol 37, Issue 4 333-340, 1975

[lv] Umysł, który szkodzi, Paul Martin, Dom Wydawniczy REBIS, 2000

[lvi] Płeć mózgu, Anne Moir & David Jessel, 1989

[lvii] Psychoneuroimmunologia a skóra. Jarosław Bogaczewicz, Anna Kuryłek, Anna Woźniacka, Anna Sysa-Jędrzejowska, Anna Zalewska-Janowska; Dermatologia Kliniczna 2/08

[lviii] Wpływ stresu na kondycję naszej skóry. Małgorzata L. Kmieć, Grażyna Broniarczyk-Dyła;  Dermatologia Kliniczna 2/08

[lix] Antybiotyki w schorzeniach neurologicznych, Puls Medycyny, 2005-10-26

http://www.pulsmedycyny.com.pl/index/archiwum/6302,antybiotyki,schorzeniach,neurologicznych.html

[lx] Medycyna Przyszłości; Telemedycyna, cyberchirurgia i nasze szanse na nieśmiertelność, Alexandra Wyke, Prószyński i S-ka SA; Warszawa 2003

[lxi] Blood Pressure Response to Transcendental Meditation: A Meta-analysis, James W. Anderson, Chunxu Liu and Richard J. Kryscio; American Journal of Hypertension (2008) doi:10.1038/ajh.2007.65

[lxii] Reforma zdrowia nigdy się nie kończy, Witold Gadomski,  Gazeta Wyborcza 2008-06-21

http://wyborcza.pl/1,76842,5333648,Reforma_zdrowia_nigdy_sie_nie_konczy.html

[lxiv] Rozwikłanie tajemnicy zdrowia. Jak radzić sobie ze stresem i nie zachorować; Aaron Antonovsky, 1987, Instytut Psychiatrii i Neurologii Warszawa 2005

Salutogeneza – rozszerzenie możliwości dla lekarza:

http://pml.strefa.pl/ePUBLI/T25S1/12.pdf

[lxv] tamże

[lxvi] Infomedica, Nr 14, 21 maja 1998

[lxvii] Organon sztuki uzdrawiania, Samuel Hahnemann, 1842, DIG, Warszawa 2004

[lxviii] Najgrubsze dzieci świata, Discovery Channel, 2007

[lxix] Konieczne kłamstwa, proste prawdy, Daniel Goleman 1985, Wydawnictwo Prima/Albatros 1999

[lxx] tamże

[lxxi] Błądzą wszyscy (ale nie ja); Elliot Aronson, Carol Tavris, Smak Słowa/Academica, 2008

[lxxii] Nieszczęśliwe dzieci wyrastają na schorowanych dorosłych, Gazeta Wyborcza, 2009-03-02
http://wyborcza.pl/1,75476,6335400,Nieszczesliwe_dzieci_wyrastaja_na_schorowanych_doroslych.html

[lxxiii] Childhood temperament and long-term sickness absence in adult life, Max Henderson, MRCPsych and Matthew Hotopf, MRCPsych, The British Journal of Psychiatry (2009) 194: 220-223

[lxxiv] „Effects of Anger on Left Ventricular Ejection Frac­tion in Coronary Artery Disease”, Gail Ironson i in., The American Journal of Cardiology 1992

[lxxv] O Dezintegracji Pozytywnej, Kazimierz Dąbrowski, PZWL 1964

[lxxvi] Błądzą wszyscy (ale nie ja); Elliot Aronson, Carol Tavris, Smak Słowa/Academica, 2008

[lxxvii] Pigułka na pamięć, Stephen S. Hall, Świat Nauki 10/2003

[lxxviii] Psychopaci są wśród nas, Robert D. Hare, Wydawnictwo Znak, Kraków 2007

[lxxix] Electrodermal and cardiovascular evidence of a coping response in psychopaths, J. Ogloff, S. Wong, „Crimi­nal Justice and Behavior” 1990, nr 17, s. 231-245

[lxxx] Wykaz decyzji Głównego Inspektora Farmaceutycznego nakazujących natychmiastowe zaprzestanie reklamy produktów leczniczych niezgodnej z przepisami ustawy Prawo Farmaceutyczne.

http://www.gif.gov.pl/?aid=210

http://www.gif.gov.pl/?aid=138

http://www.gif.gov.pl/?aid=139

[lxxxi] Sponsoring za receptę, Sylwia Szparkowska, Rzeczpospolita 10-02-2009

http://www.rp.pl/artykul/69745,261190_Sponsoring_za_recepte_.html

[lxxxii] Dożyć do 100, Wykorzystajmy drzemiący w nas potencjał długowieczności. Na podstawie badań nad najstarszymi ludźmi Ameryki Thomas T. Perls, Margery Hutter Silver, John F. Lauerman, Moderski i S-ka Poznań 1999

[lxxxiii] tamże

[lxxxvi] tamże.

[lxxxvii] Efekt placebo, Walter A. Brown, Świat Nauki 03/1998

[lxxxviii] Przepływ, Psychologia optymalnego doświadczania, Mihály Csíkszentmihályi, UNUS 2005

[lxxxix] Inteligencja emocjonalna, Daniel Goleman, (1995), Media Rodzina 1997

[xc] Is the placebo powerless? Update of a systematic review with 52 new randomized trials comparing placebo with no treatment, A. Hróbjartsson & P. C. Gøtzsche, Volume 256, Issue 2, Pages 91-100

[xci] Placebo, czyli wiara czyni cuda, Wojciech Felszko, Medycyna po Dyplomie 11/2006

[xcii] British Medical Journal, 23 VIII 1952 i  Time z 1 IX 1952 roku – opis przypadku wrodzonej erytrodermii ichtiotycznej Brocqa

[xciii] Placebo, Łamiąc Kod, Discovery 2002

[xciv] Siła sugestii? Za i przeciw placebo. W. Wayt Gibbs, Świat Nauki 12/2001

[xcv] Portrecista (z Auschwitz), film dokumentalny o Wilhelmie Brasse, reż. Ireneusz Dobrowolski, Polska 2005

[xcvi] Ciało a stres, Gabor Mate, 2004

[xcvii] Szwajcarski Raport podsumowujący program badań medycyny alternatywnej

http://www.bag.admin.ch/themen/krankenversicherung/00263/00264/04102/index.html

[xcviii] Are the clinical effects of homoeopathy placebo effects? Comparative study of placebo-controlled trials of homoeopathy and allopathy; Aijing Shang, Karin Huwiler-Müntener, Linda Nartey, Peter Jüni, Stephan Dörig, Jonathan A C Sterne, Daniel Pewsner, Matthias Egger, Lancet 2005

[xcix] ECH – Research in homeopathy – the current state of play

http://www.homeopathyeurope.org/research.html

[c] Are the clinical effects of homeopathy placebo effects? A meta-analysis of placebo-controlled trials. Linde K, Clausius N, Ramirez G, Melchart D, Eitel F, Hedges LV, Jonas WB; Lancet, 1997

[ci] The conclusions on the effectiveness of homeopathy highly depend on the set of analyzed trials, R. Lütke, A.L.B. Rutten; Journal of Clinical Epidemiology – (2008)

[cii] The 2005 meta-analysis of homeopathy: the importance of post-publication data; ALB Rutten and CF Stolper; Homeopathy (2008) 97, 169–177

[cv] „The Lancet”: Homeopatia to bzdura

http://www.homeopatia.edu.pl/pdf/lancet.doc

[cviii] The effect of homeopathically prepared thyroxin (10-30 parts by weight) on highland frogs is influenced by electromagnetic fields. Weber, S., Endler, P.C., Welles, S.U., Suanjak-Traidl, E., Scherer-Pongratz, W., Frass, M., Endler, P.C, Spranger, H., Peithner, G., Lothaller, H.: Homeopathy (former Br Hom J) 2007; 95: 3-9

www.inter-uni.net/amphibia

[cix] Badania naukowe w homeopatii – Raport z wyprawy, O tym jak stara metoda leczenia zyskuje wiarygodność, D.C Endler, Similimum 2005

[cxi] The effect of homeopathically prepared thyroxin (10-30 parts by weight) on highland frogs is influenced by electromagnetic fields. Weber, S., Endler, P.C., Welles, S.U., Suanjak-Traidl, E., Scherer-Pongratz, W., Frass, M., Endler, P.C, Spranger, H., Peithner, G., Lothaller, H.: Homeopathy (former Br Hom J) 2007; 95: 3-9

www.inter-uni.net/amphibia

[cxii] Czy Bóg gra w kości?, Ian Stewart, 1996

[cxiii] tamże

[cxiv] Samoorganizujący się kwantowy wszechświat, ŚN 08/2008

[cxv] tamże

[cxvi] Kinetic changes in activity of HR-peroxidase, induced by very low doses of phenol , Elzbieta Malarczyk IJHDR, Vol. 7, No 23 (2008)

[cxvii] Delayed luminescence of high homeopathic potencies on sugar globuli; Lenger K, Bajpai R.P., Drexel M., Homeopathy 97, Issue 3, pp 134-140, 2008

[cxviii] Stulecie Chirurgów, Jürgen Thorwald, Wydawnictwo Literackie 1980

[cxix] Versuch über ein neues Prinzip zur Auffindung der Heilkräfte der Arzneisubstanzen. (In Search of a New Principle for Ascertaining the Curative Powers of Drugs), Samuel Hahnemann, Hufeland’s Journal der praktischen Arzneikunde, vol.2, part 3 pp.391-439, & part 4 pp.465-561, 1796;

http://www.vithoulkas.com/files/pdf/Hahnemanns_Pharmacography(to_G.Vithoulkas_20Nov07).pdf

[cxx] Antipyretic therapy: physiologic rationale, diagnostic implications, and clinical consequences. Plaisance KI, Mackowiak PA. Arch Intern Med. 2000 Feb 28;160(4):449-56.

Leczenie przeciwgorączkowe, Przesłanki fizjologiczne, zastosowanie diagnostyczne i konsekwencje kliniczne, Plaisance KI, Mackowiak PA. JAMA-PL, wrzesień 2000, rocz. 2, nr 9

[cxxi]  Fever-useful or noxious symptom that should be treated? Ther Umsch. 2006 Mar;63(3):185-8. Schaffner A.

[cxxii] Niektóre grzechy współczesnej medycyny w leczeniu chorób cywilizacyjnych, Mieczysław Tomasik, Primum Non Nocere 9/2007

[cxxiii] Słowa zamiast prozacu, Steven D. Hollon, Michael E. Thase, John C. Markowitz, Wydanie Specjalne Świata Nauki, 2005

[cxxv] GIRI, Groupe International de Recherche sur l’Infinitésimal

http://www.giriweb.com/

[cxxvi] Racjonalna diagnoza i leczenie; Wprowadzenie do medycyny wiarygodnej czyli Evidence-Based Medicine, Henrik R. Wulff Peter C. Gotzsche, 1973-1997, wyd. polskie 2005

[cxxvii] Stanowisko Naczelnej Rady Lekarskiej z dnia 4 kwietnia 2008 r. w sprawie stosowania homeopatii i pokrewnych metod przez lekarzy i lekarzy dentystów oraz organizowania szkoleń w tych dziedzinach http://www.nil.org.pl/xml/nil/wladze/rzecznik

[cxxviii] Dr Szczęsny: Szarlatanów i oszustów serdecznie witamy, Gazeta Wyborcza, 2008-06-13

http://miasta.gazeta.pl/bydgoszcz/1,87205,5309805,Dr_Szczesny__Szarlatanow_i_oszustow_serdecznie_witamy.html

[cxxx] Pismo Ministra Zdrowia do Prezesa NRL Konstantego Radziwiłła z dnia 2008-09-19

[cxxxi] List Wiceministra Zdrowia Marka Twardowskiego do Prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej z dnia 2009-01-05
Ministerstwo broni homeopatii, Rzeczpospolita z dnia 2009-01-19
http://www.rp.pl/artykul/250450.html

[cxxxii] Pismo Prezesa Naczelnej Rady Aptekarskiej do Prezesa NRL Konstantego Radziwiłła z dnia 2008-05-08

eko medycyna

ekolekarze, detoksykacja, hipertermia, sauna na bliską podczerwień